oMatko!

Magazyn świadomych rodziców

#25zomatko / Felietony

+1

Ile mieć dzieci? Nie wiadomo. Trudno to zaplanować. Nie ma optymalnych scenariuszy. Każde kolejne dziecko przynosi więcej wszystkiego: wrażeń, utrapień, miłości, zmęczenia. Powstaje koktajl nowych emocji zmieszanych z kolejnym poziomem zaawansowania wyzwań – energetycznych, logistycznych czy finansowych. Jak się w tym wszystkim odnaleźć, jak to zaplanować? Nie wiem. Jak już wspomniałem w jednym z wcześniejszych tekstów, nie jesteśmy mistrzami planowania. Myśląc o kolejnych latach, zastanawialiśmy się jednak, co dalej z projektem „dziecko”, co zdecydować. Mamy dwie córki, Zu i Basię. Jest fajnie, są razem, rodzina 2+2 – uznaliśmy, że to optimum, że stop, wystarczy, czas na realizację innych planów. Czyli zamykamy działalność prokreacyjną, tak, jest decyzja. Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że jest słuszna i tego właśnie chcemy. Co w związku z tym? Dwa tygodnie później G. była w ciąży. Jeżeli chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu o swoich planach. Najwyraźniej tym razem uśmiał się konkretnie.

Czekamy więc na kolejne dziecko. W trakcie pierwszych miesięcy G. zapewniała, że jest inaczej niż wcześniej, co oznacza, że tym razem chłopak. Na 100%, mówię Ci, szaleje, wariuje, to facet! USG – drodzy państwo, nie widzę tu nic wystającego poza obrys ciała, na 90% dziewczyna. Kolejne USG – prawdopodobieństwo urosło do 99%. Więc sytuacja wygląda tak: w jednym narożniku ja, mężczyzna. W drugim – G, Zu, Basia, Helena (prawdopodobnie, choć giełda imion wciąż pracuje na najwyższych obrotach). A, jeszcze pies, który jest suką. 5:1. Albo mnie roztrzaskają hormonami, albo będą nosiły na rękach – takie dwa scenariusze pojawiają się, gdy relacjonuję sytuację znajomym. Zobaczymy.

Zu szaleje z radości, nie może się doczekać, w ramach współodczuwania miesiąc temu schowała swoją ukochaną maskotkę pod koszulkę i ją urodziła. Nadała jej/mu oryginalne, chociaż bezpłciowe imię „Dzidziuś”. Chodzi z tym swoim Dzidziusiem, karmi go, usypia w wózku, wychowuje, tłumaczy mu skomplikowaną rzeczywistość, opiekuje się nim. To dość niesamowite, jak sama uruchomiła w sobie mechanizmy adaptacyjne, to jej inicjatywa, my w zasadzie nie mamy tu pola do działania. A Basia? Ma dopiero 2 lata i choć już gada jak najęta, to pojawienie się w domu kolejnego dziecka jest póki co zbyt dużą abstrakcją, by mogła jakkolwiek to pojąć. Pewnie będzie podobnie jak z Zuzą, gdy mała się rodziła – wszystko fajnie, dopóki dziecko się nie pojawiło w domu. Potem – na szczęście krótkotrwały – armagedon, gdy okazało się że to nie maskotka, z którą można się pobawić, a żywa istota, która w dodatku ma nieskrępowany i uprzywilejowany dostęp do matki. Następnie sytuacja się uspokoiła, liczę na to, że tu będzie podobnie. Z czasem między Zu a Basią wytworzył się stan względnej harmonii, który trwa do dziś. Czasem jest lepiej, czasem gorzej, ale nie można narzekać. Może to kwestia niewielkiej różnicy wieku, nie wiem. Może powodem jest pogodne i często rozbrajające usposobienie Basi, której chyba nie da się nie lubić. Ich relacja wciąż się rozwija i wzmacnia. Czasem wykonują względem siebie spontaniczne gesty miłości i przywiązania. Nie chcę przesładzać, jednak gdy patrzy się na nagły odruch Zu, która zaczyna szukać po domu Baśki tylko po to, aby ją bezinteresownie przytulić, to łza się człowiekowi w oku kręci. Podobnie z małą, czasem budzi się, podnosi głowę z niepokojem, rozgląda się i woła siostrę, bo tego kontaktu najbardziej w tej chwili potrzebuje. Oczywiście, życie to nie laurka, zwłaszcza życie z dziećmi. Zdarza się, że drą koty niemiłosiernie, z setki zabawek właśnie ta jedna jest w tym momencie potrzebna jednej i drugiej, Basia zwija Zu jej majtki, z kolei Zu prywatyzuje spinki do włosów Baśki i tak w nieskończoność. Gdy jedna ma kryzys, druga często załapuje ten klimat, synchronizują się w marudzeniu i jęczeniu, co doprowadza mnie do białej gorączki. Czasem jednak scenariusz jest inny. Ostatnio, gdy Basia dała mi strasznie popalić, wkurzyłem się na nią poważnie, skończyła mi się cierpliwość, zacząłem bez sensu podnosić głos, zamiast szukać rozwiązania, skupiłem się raczej na ekspresji mojej frustracji, co jest zazwyczaj gwoździem do trumny i prowadzi tylko do eskalacji konfliktu. Zu stała sobie z boku, patrzyła na to, po czym podeszła do Basi, objęła ją, zaczęła do niej mówić , gdy próbuję ją uspokoić. Przejrzałem się w tej sytuacji i wszystko ze mnie zeszło w minutę. Czterolatka pokazała mi, co należy zrobić, zachowała się przytomniej, niż ja. Smutne (autorefleksja) i budujące (empatia, którą spontanicznie pokazała Zu). Kochają się bardzo te nasze dziewczyny i to widać niemal na każdym kroku, to największa nagroda za wszystkie trudy i frustracje, jakich doświadczamy, wychowując je.

Cóż, czekamy, aż urodzi się Helena. Będzie się działo. Trochę przeraża ta cyfra – 3. Choćby dlatego, że mamy tylko po dwie ręce. O logistyce wciąż nie myślę za dużo, bo czasem już teraz mnie przerasta. Podobnie o rozdziale czasu praca/dom, spaniu, zmęczeniu i tak dalej. Z dziećmi chyba jest tak, że zbyt intensywne przygotowanie teoretyczne nie ma sensu. Trzeba skoczyć na główkę, woda w basenie jest, jakoś wypłyniemy i damy radę.

Tomasz Bułhak autor artykułu

Reklama

Polecamy!