oMatko!

Magazyn świadomych rodziców

#25zomatko / Mamy pomysł na biznes

Cooda w wielkim mieście!

Jest takie miejsce na Starym Mokotowie, gdzie czas staje w miejscu. Światło dyskretnie zagląda do środka, jakby nie chciało nikogo zbudzić. To miejsce, w którym królują przybrudzone pastele, a proste i jednocześnie przytulne wnętrze zachęca, by zostać w nim na dłużej. Mowa o warszawskim showroomie House of COODO, z którego właścicielką i pomysłodawczynią marki, Beatą Miros, spotkałam się w październikowy poranek.

 

 

OD POCZĄTKU

 

Za każdym razem, gdy Beata Miros rozmawia z kimś o początkach COODO, pada pytanie: „Jak to się wszystko zaczęło? Jak na to wpadłaś?”. – Bardzo często słyszę, w rozmowach z innymi mamami, które założyły własną firmę, opowieść, która zaczyna się od słów: „Pewnego dnia wpadłam na genialny pomysł…”. W moim przypadku nie było takiego miejsca, momentu w czasoprzestrzeni, w którym nagle mnie oświeciło – uśmiecha się na dzień dobry.

Pomysł na COODO rodził się przez kilka lat, a składało się na to kilka czynników. Na początku pojawiła się potrzeba prowadzenia własnego biznesu, będącego zwieńczeniem dziesięciu lat pracy na etacie. Beata Miros zawodowo była związana z pracą przy kreowaniu marek dla największych klientów w domu mediowym. – Stworzenie czegoś swojego, a nie doradzanie innym, było dla mnie naturalnym, kolejnym wyzwaniem zawodowym. Kiedy pracujesz jako agencja na zlecenie innych, musisz liczyć się z tym, że twój pomysł zostanie zaakceptowany albo odrzucony. Między innymi właśnie dlatego poczułam wielką chęć zmiany – dodaje.

Po urodzeniu pierwszego dziecka Beata poczuła jeszcze większą chęć stworzenia własnej marki. – Kiedy zostajesz mamą, wszystko się przewartościowuje. Nie chcesz tracić energii na rzeczy, które cię denerwują i na które nie masz wpływu – wyjaśnia. – Wiedziałam, że prędzej czy później podejmę ostateczną decyzję i otworzę swoją firmę. Jako marketingowiec zauważyłam różne niezaspokojone potrzeby ubrankowe, brakowało mi na naszym rynku takiego prostego basic’u – tłumaczy.

Gdy pomysłodawczyni marki COODO opowiada o tworzeniu wyprawki dla swojego pierwszego dziecka, śmieje się, że popełniła wówczas wszystkie możliwe błędy. Wybierała rzeczy, które ostatecznie udało się założyć dziecku tylko raz lub polowała na wyprzedaże, na których z rocznym wyprzedzeniem kupowała kurtki zimowe. – Brakowało mi marki i sklepu, w którym zrobię przemyślane zakupy i nabędę rzeczy, które naprawdę wykorzystam. Nie twierdzę, że w sieciówkach nie można trafić na porządne ubrania, ale podczas takich zakupów w dużym sklepie ciężko oprzeć się pokusie nabycia kolejnej pięknej sukienki czy spodni – mówi z uśmiechem. – Wtedy właśnie zapominamy o bodziakach, rampersach, które tak naprawdę są najwygodniejsze!

Tak zwane ubranka basicowe można znaleźć w popularnych sklepach z odzieżą dla najmłodszych, jednak, jak tłumaczy Beata Miros, bardzo często ich gama kolorystyczna jest dość jednoznaczna – niebieski pajacyk z misiem dla chłopca, a dla dziewczynki śpiochy z różowym słoniem. To właśnie ta nisza na rynku ubranek, wzmocniona wielką chęcią wykreowania własnej marki, sprawiła, że powstało COODO, czyli wyraz sprzeciwu wobec wszechobecnej bylejakości.

 

 

PATRIOTYZM

 

Klientki, które z radością wracają do shrowroomu na Starym Mokotowie, dziękują jego właścicielce za to, że stworzyła markę, jakiej dotychczas nie było, oferującą polskie ubranka najwyższej jakości, które są piękne w swojej prostocie. – Na polskim rynku funkcjonują zagraniczne marki, które oferują bardzo ładne i dobre jakościowo ubrania. Jednak jakiś czas temu dojrzałam do patriotyzmu gospodarczego i gdy tylko mam możliwość, kupuję rzeczy z metką „Made in Poland” – podkreśla Beata Miros. – Chciałabym, aby państwo wspierało polską gospodarkę, ponieważ tylko wtedy kraj jest naprawdę silny. Mimo że nie zawsze mamy wpływ na to, co się dzieje w Polsce, możemy wspierać kraj właśnie poprzez kupowanie polskich produktów. Wystarczy przez chwilę się zastanowić i do koszyka zakupowego wrzucić polski produkt dobrej jakości zamiast tego z zagranicznego koncernu – tłumaczy.

Kiedy kilka lat temu powstawały takie polskie marki jak RISK made in Warsaw czy La Millou, rodzimych firm z branży odzieżowej i akcesoriów było zdecydowanie mniej niż obecnie. Ten wzrost sprawił, że dzisiaj mamy realny wybór spośród gamy wspaniałych polskich projektów. Dla marki COODO to także powód do dumy. Wiele klientek podkreśla, że cenią COODO za produkt, sposób komunikacji, ale także za całą filozofię marki.

 

 

FILOZOFIA

 

– W wielu przedsiębiorstwach panuje przeświadczenie, że w dobrym tonie jest, jeśli na stronie internetowej pojawia się informacja o misji i wizji firmy. W tym miejscu grupa specjalistów od PR-u, analizując badania rynku, tworzy pozytywny tekst mówiący o tym, że misją firmy jest robienie ubranek dla szczęśliwych dzieci. Ale wtedy są to tylko błahe słowa. – Zauważa Beata i dopowiada – Ja mam do tego zupełnie inny stosunek, ponieważ szczerze wierzę w nasze wartości, cooda, są one spójne ze mną jako osobą.

Czym wobec tego są Cooda? – Cooda to małe wielkie rzeczy dziejące się w naszym życiu każdego dnia. Sztuką jest umiejętność ich dostrzegania i odpowiedniego celebrowania. Marka COODO ma misję przypominania dorosłym, aby celebrować codzienność, patrzeć uważnie i dostrzegać małe cooda dziejące się wokół nas.

Założeniem Beaty Miros było stworzenie takiej marki, której przyświecające idee będzie można dostrzec w każdym pojedynczym ubranku. Wszystko, co robi, jest zawsze zgodne z trzema wartościami: prostotą, nurtem slow oraz pozytywną energią.

COODO powstało z potrzeby serca, a nie jako wynik wnikliwej analizy potrzeb konsumentów. Beata zawierzyła temu, co jest dla niej ważne w życiu. Ufa, że tylko kierując się w biznesie takimi samymi zasadami, co w życiu prywatnym, pozostanie wiarygodna. – Założyłam, że albo to się spodoba innym i przyjmą mój produkt taki, jakim jest, w 100% mój, albo nie. Wiedziałam, że nie zmienię swoich wartości za wszelką cenę, tylko dlatego, żeby marka dobrze się sprzedała.

– Zależy mi na tym, by nasze ubranka były odzwierciedleniem naszych wartości. Lubię rzeczy proste, uwielbiam się nimi otaczać – zaznacza. – Wyznaję też zasadę „slow”, jednak nie zawsze mam możliwość, by na co dzień podążać tym nurtem i pić spokojnie kawę na tarasie z widokiem na las – śmieje się Beata. – Jednak pilnuję, by w biegu starać się przemycać elementy „slow” do naszego życia rodzinnego.

Dlatego marka COODO zachęca do robienia świadomych zakupów, w których głównym założeniem jest kupowanie ubrań ponadczasowych, których klasyczny design oraz najwyższa jakość materiałów sprawią, że z pewnością zagoszczą na dłużej w szafie niejednego malucha.

 

 

SIŁA KOBIET

 

Jak sama mówi, nie przepada za słowem „konkurencja”. – Lubię dobre relacje międzyludzkie, wierzę w pozytywną energię, dlatego fascynuje mnie to, że my, kobiety-mamy, nawzajem wspieramy się w branży – mówi. – Nigdy nie odciągam klientek od chęci zakupu ubranek w printy innej marki, wręcz przeciwnie. Zawsze podkreślam, że nasze basicowe ubranka doskonale uzupełniają się z innymi ubraniami we wzory. Wierzę w pozytywną energię ludzką – dodaje Beata. Jednak, jak w każdym biznesie, droga do sukcesu nie zawsze usłana jest różami. Zdaniem Beaty ogromnym wsparciem w trudnych sytuacjach potrafią być właśnie inne kobiety. – Kiedy rozmawiam z mamami, które prowadzą swoje firmy, dowiaduję się, że każda z nas miewa takie same bądź podobne problemy. Takie rozmowy są dla mnie bardzo inspirujące. Dzięki temu mam pewność, że nigdy nie jest idealnie, człowiek popełnia błędy i uczy się cały czas. Jednak fakt, że rozmawiamy o tym ze sobą i nawzajem się wspieramy, daje mi ogromną siłę – podkreśla.

– Zawsze myślałam, że wolę pracować z mężczyznami, jednak w pewnym momencie dostrzegłam, że to właśnie z kobietami znajduję najsilniejszą nić porozumienia – zauważa. – Do końca życia w mojej pamięci pozostanie wspomnienie dwóch magicznych sesji zdjęciowych, które zrealizowaliśmy w Pokrzywniku 11, wspaniałym miejscu, w którym można zrobić szybki odpoczynek od warszawskiego życia. Za zdjęcia odpowiadała Anita Suchocka. Kilka zamienionych z nią zdań sprawiło, że złapałam wiatr w żagle i uwierzyłam, że kolekcja będzie sukcesem. Kolejną cudowną i zdolną osobą jest Magda Tekieli, projektantka, z którą współpracowałam między innymi przy projektowaniu naszego „Dziennika małych wielkich rzeczy”. Jest też moja graficzka Magda Horanin, która prosto z Azji wysyła mi maile o 2 w nocy – śmieje się Beata. – Mam możliwość współpracy z super kobietami, za co jestem im niezwykle wdzięczna.

 

Zdjęcia: Anita Suchocka / anitasuchocka.com

Anna Meres autor artykułu

Reklama

Polecamy!