oMatko!

Magazyn świadomych rodziców

#25zomatko / Mamy pomysł na biznes

GranatOVO, czyli historia porodOVA

Jakimi miejscami są szpital i porodówka? Czy jest to wybieg prosto z pokazu podczas paryskiego tygodnia mody, na którym królują jedwabne koszulki nocne? W czym rodzą i karmią młode matki? Jak sprawić, aby kobieta, która wchodzi właśnie w rolę mamy, podczas tak ważnego wydarzenia, jakim jest poród, mogła czuć się pewnie? Czy ubiorem można sprawić, by mama rodziła godnie?

Poznajcie Basię Kądzielę i Dominikę Konopczyńską, kobiety, matki, szwagierki, które zmieniają wizerunek kobiet na polskich salach porodowych.

 

 

HISTORIA JAK Z SERIALU

 

– Chodź, pokażemy Ci miejsce, które wynajęłyśmy. Nie wiemy jeszcze, czy powstanie tam nasz docelowy showroom, ale musiałyśmy je mieć! – powiedziały tajemniczo Basia i Dominika, prowadząc mnie ulicą Dąbrowskiego na Starym Mokotowie.

Kojarzycie scenę z serialu „Druga szansa”, w której Lidka, bohaterka grana przez Maję Ostaszewską, decyduje się wynająć pusty lokal naprzeciwko pizzerii należącej do Macieja, w którego rolę wcielił się Bartosz Opania? Ja pamiętam bardzo dobrze!

– Lokal na Dąbrowskiego obserwowałyśmy od dawna, więc kiedy w witrynie pojawiła się tabliczka z numerem telefonu, postanowiłam na niego zadzwonić. Okazało się jednak, że jest za krótki! Wówczas zaczęłam wydzwaniać do administracji budynku, z prośbą o właściwy namiar. Początkowo nie wiedzieli, o co mi chodzi, a ja nie miałam pojęcia, że owa tabliczka jest fikcyjna i umieszczona tam na potrzeby serialu! 😊 Zdałam sobie z tego sprawę dopiero, kiedy zobaczyłam scenę z „Drugiej szansy” – wspomina rozbawiona Dominika i dodaje – Ale niedługo potem odezwał się do mnie właściciel lokalu, pytając, czy to ja jestem tą Panią, która jest tak zdeterminowana, żeby wynająć ten lokal.

– Tak, dokładnie! Znam moją bratową i wiedziałam, że jeśli nie dostanie numeru, to i tak ostatecznie obdzwoni wszystkie możliwe kombinacje – śmieje się Basia i dodaje – W końcu udało się nam wynająć lokal i teraz on czeka na nas, aż przyjdzie odpowiednia pora 😊.

 

 

SZARY DRAMAT

 

Basia opowiada, że stworzenie marki granatOVO zajęło trzy lata – dwa lata wymyślania koncepcji i rok intensywnej pracy nad docelowym produktem.

– W naszej pierwszej, prototypowej sukience urodziła Basia, ale nad tym, że na rynku brakuje odpowiedniego ubrania do porodu, myślałyśmy o wiele wcześniej, już podczas „naszej” pierwszej ciąży – opowiada Dominika.

– Nie, to Ty myślałaś – wtrąca Basia. – Dominika uważała, że podczas porodu kobieta powinna wyglądać jak człowiek, a ja niekoniecznie – dodaje.

– Poszłyśmy razem na zakupy, ja z moim wielkim już brzuchem, a Basia jako moja zołza. Weszłyśmy do jednego z popularnych sklepów z elegancką bielizną i Basia od razu mnie wyśmiała – wspomina Dominika.

– Tak, bo chciałaś rodzić w jedwabnej koszulce za ponad 200 złotych! – śmieje się. – Ale na szczęście po kilku przymiarkach odpuściłaś.

– No wiesz, tu biust nie tak, tam źle się układało… Ale to było siedem lat temu! Byłam wtedy świeżo upieczoną żoną i rodziłam pierwsze dziecko – dopowiada Dominika. – Chciałam w szpitalu wyglądać przyzwoicie. Wiedziałam, że będę tam otoczona ludźmi, których nie znam, lekarzami, położnymi czy przypadkowymi osobami wędrującymi po korytarzu.

Jak przedstawiały się porodowe realia? Szpitalne sale zapełnione młodymi mamami, których kobieca pewność siebie została zamknięta w szarych, infantylnych koszulach w misie.

Poród to nie tylko wydanie potomstwa na świat, to też kilkudniowy pobyt w szpitalu, nierzadko gehenna związana z karmieniem i poznawanie się ze swoim dzieckiem. Tylko jak tu karmić i pochylać się kilkadziesiąt razy w ciągu doby nad maluchem, gdy twój szpitalny strój odmawia współpracy, a mokra szara koszula staje się czarna i to w najmniej odpowiednich miejscach?

– To, w co byłam ubrana podczas pobytu w szpitalu, to był jakiś dramat. Pierwsze dziecko urodziłam przez nagłe cięcie cesarskie, więc nie miałam okazji wypróbować moich koszul podczas porodu. Ale już do karmienia zakładałam na zmianę dwie koszule, z czego jedna miała dwa rozcięcia na biuście, które przy każdym pochyleniu rozchodziły się, w efekcie czego moje piersi wypadały. No więc jedną ręką poprawiałam dekolt, a drugą przytrzymywałam brzuch, bo miałam wrażenie że mi się te szwy porozchodzą, przecież po cesarce jeszcze cię „ciągnie” – opowiada Dominika. – Natomiast moja opcja numer 2 była koszulą w różowo-białe owieczki, z zapięciami na guziczki w kształcie przepięknych serduszek. No więc rozpinałam je do karmienia, ale zapięcie ich jedną ręką (bo na drugiej leży dziecko) graniczyło z cudem.

– Tak, a dwiema nie było jak, bo żeby zapiąć, trzeba odłożyć dziecko i wtedy znowu piersi masz na wierzchu – wybucha śmiechem Basia.

 

 

PLASTIK FANTASTIK

 

Drugie dziecko Dominiki urodziło się siłami natury, dzięki czemu doświadczenie, które zdobyła podczas pierwszego porodu (ubraniowa porażka), powiększyła o kolejne problemy i zupełnie inny dramat koszulowy. Miała też wątpliwą przyjemność spędzić tydzień na oddziale patologii ciąży, gdzie musiała chodzić w spodenkach dresowych swojego taty, bo fajnych „domowych” rzeczy lub piżam dla kobiet w ciąży, innych niż przykrótkie koszulki nocne, również nie było jeszcze na polskim rynku.

– Dopiero wtedy zrozumiałam, co to znaczy mieć na sobie nieodpowiedni strój do porodu, poliestrową, przykrótką koszulę prosto z sieciówki. Podczas samego porodu przyklejała się do mnie, wręcz parzyła! Ale najciekawsza przygoda zaczęła się już na sali poporodowej, na której leżałam tyłem do wejścia. Moją przykrótką tunikę, a raczej to, co spod niej wystawało, mogli oglądać wszyscy odwiedzający goście: od mężów moich sąsiadek, przez teściów, po kolegów z pracy. Na to też, jak się okazuje, trzeba być przygotowanym – opowiada z uśmiechem.

– Wiele mam karmi, leżąc na boku, więc nie czują się komfortowo, gdy przy każdym otwarciu drzwi na salę muszą naciągać koszulę żeby zasłonić pupę – dopowiada wspólniczka Dominiki.

Basia z lekkim rozbawieniem wspomina także historię swojego porodu i wyboru odpowiedniego stroju do szpitala.

– Ja, w przeciwieństwie do mojej kochanej bratowej, postanowiłam, że nie wydam wiele na koszulę do szpitala. I tak pewnego pięknego dnia, wracając z działki, odwiedziłam przydrożny second hand i kupiłam białą, buduarową koszulę z tkaniny, odciętą pod biustem – opowiada.

– Lekko frywolną – dodaje Dominika.

– Tak, była lekko frywolna, ale podobała mi się, bo była długa. I co najważniejsze, kosztowała 10 złotych. Nie zależało mi na tym, jaka jest, bo zamierzałam postąpić zgodnie z panującym przeświadczeniem, że koszulę porodową należy wyrzucić. Tak też zrobiłam… – tłumaczy.

Zdarza się, że izba przyjęć znajduje się w innej części szpitala niż blok. Wówczas wędrówka ciężarnej na porodówkę odbywa się na oczach wszystkich zgromadzonych, którzy nie zawsze należą do tej samej braci. Jednak prawdziwy pokaz rozpoczyna się wtedy, gdy przyszła mama odbywa swą podróż w białej koszuli.

– Nie wiedziałam, że moja biała, tkaninowa koszula okaże się przezroczysta – śmieje się Basia. – A że lekarz przyjmujący poinformował również o konieczności zdjęcia całej bielizny, znalazłam się w patowej sytuacji. Byłam zmuszona założyć szlafrok, który na wszelki wypadek miałam w torbie. Sam poród też nie obył się bez niespodzianek. Miejsce, w którym znajdowało się odcięcie pod biustem, wpijało mi się w ciało, a samej koszuli nie dało się podciągnąć w górę, ponieważ materiał absolutnie się do mnie kleił. Gdy Henio był już na świecie, położna chciała zdjąć ze mnie mój buduarowy nabytek, ale niestety, mimo prób, nie udało się. Wtedy ja i koszula rozstałyśmy się za pomocą nożyczek – wspomina.

 

 

NIE URODZĘ W BYLE CZYM!

 

Dominika, która z zawodu jest architektem, uważa że rzeczy, tak samo jak budynki i wnętrza, powinny być ergonomiczne – przemyślane i stworzone dla konkretnej sytuacji i dla konkretnego odbiorcy. Dlatego, gdy Basia była w drugiej ciąży z córką Hanią, wiedziały już, czego oczekiwać od koszuli porodowej, i zdecydowały, że stworzą własną sukienkę. Jednak zanim się to stało, poruszyły niebo i ziemię, by znaleźć na rynku jakąkolwiek koszulę odpowiednią do porodu. Nie wierzyły, że w sklepach nie ma wygodnych ubrań, które spełnią swoją rolę i jednocześnie sprawią, że młoda mama będzie czuła się w nich jak kobieta, a nie jak dziecko.

– Przeszukałyśmy asortyment zachodnich sklepów internetowych i znalazłyśmy w USA markę, która w swojej ofercie miała super koszule porodowe – z wycięciem na plecach, przystosowanym do podania znieczulenia, troczki do przeprowadzenia ktg, ale niestety były jednorazowe i kosztowały aż 30 dolarów. Ponadto były bardzo wycięte, co niestety nie sprawdziłoby się w naszym klimacie, a ponadto nie podobały nam się, choć z pewnością były zaprojektowane na poród – tłumaczy Basia, a Dominika dodaje – Wtedy właśnie rozpoczęłyśmy prace nad prototypem, który testowała Basia. Nasze założenie było od początku jasne. Oprócz tego, że chciałyśmy, by nasz produkt był sukienką porodową i codzienną do karmienia, miał też pełnić funkcje medyczne.

Prawie dopracowany prototyp sukienki, w którym rodziła Basia, uszyła krawcowa. Była to koszula z dzianiny w paski, wyposażona w napy na plecach.

– To właśnie ją zabrałam ze sobą do szpitala, gdy rodziłam Hankę – mówi Basia. – Podczas początkowej fazy porodu miałam przy sobie telefon i pisałam SMS-y. Zorientowałam się wówczas, że zapomniałam wspomnieć krawcowej o kieszeniach, więc finalnie telefon lądował w rękach mojego męża za każdym razem, gdy tylko pojawiał się skurcz – śmieje się. – Gdy Hania była już na świecie i wylądowała na mojej piersi na regulaminowe kangurowanie, położna powiedziała, że weźmie ją na chwilę, bym mogła się rozebrać. Wtedy dumna odpowiedziałam, nie zdejmując z siebie dziecka: „Może pani zdjąć ze mnie koszulę, mam rozpięcie na plecach”.

Jako koszulę na zmianę Basia wzięła ze sobą nasz zupełnie pierwszy prototyp, uszyty przez jej mamę z bawełnianej tkaniny we wzór sówek. Bardzo były wówczas modne 🙂 . Ale tkanina zupełnie nie „współpracowała” z ciałem. Nie była elastyczna, więc nie dało się w niej obrócić z boku na bok bez walki. Do tego miała gęsty, mocny wzór, przez co wyglądała jak… wielki namiot, podomka! Po pobycie w szpitalu wylądowała w koszu. Tymczasem w dzianinowym prototypie Basia karmiła jeszcze wiele tygodni w domu – mówi Dominika. – Ostatecznie, po przetestowaniu kilku wzorów, zatrzymałyśmy się i powiedziałyśmy: „Stop!”. Skoro mamy już wpływ na to, jak wyglądamy, bo same projektujemy, najpierw pomyślmy, jak chcemy się prezentować! I odwróciłyśmy kierunek – najpierw decydujemy JAK, a potem wybieramy CO, by więcej razy nie kupować czegokolwiek, co nadaje się do użytku – dopowiada.

 

 

NARODZINY GRANATOVEJ

 

Po ostatniej rodzinnej historii porodowej dziewczyny wiedziały już, jakie funkcje będzie miała sukienka porodOVA i z jakiego materiału ostatecznie ją uszyją. Zdecydowały, że musi być wystarczająco elastyczna, by nie przysparzać kobiecie dodatkowych problemów podczas zmiany pozycji w łóżku, oraz mieć wzór, dzięki któremu mama nie będzie czuła się jak słodka owieczka.

– Musiałyśmy nauczyć się wszystkiego od podstaw: różnicy między materiałem a tkaniną, tkaniną a dzianiną, czym jest interlock i singiel. Do tego obliczanie wydajności i zrozumienie branży, w której zaczęłyśmy stawiać pierwsze kroki – tłumaczy Dominika.

– Gdy Hania skończyła rok, podsumowałyśmy to wszystko i stwierdziłyśmy: „Tak, będzie z tego biznes!”. Wzięłyśmy kredyt i wystartowałyśmy – dopowiada Basia.

Flagowy produkt marki Granatovo, czyli granatOVA, to sukienka porodowa, która posiada szereg rozwiązań przydatnych zarówno w trakcie porodu i pobytu w szpitalu, jak również w czasie spędzanym z maluszkiem w domu. Głębokie nacięcia z przodu umożliwiają swobodne kangurowanie, a później karmienie. Co ważne, granatOVA ma odpowiednią długość, by żadna mama nie czuła się skrępowana, spacerując po szpitalnym korytarzu lub karmiąc w pozycji leżącej swoje dziecko.

– Długość jest jednym z naszych wyróżników, bo tworząc prototypy, nijak nie mogłyśmy rozwiązać problemu, jak pogodzić szczupłą mamę o wzroście 175 cm ze szczupłą mamą o wzroście 155 cm. Klasyczna rozmiarówka zakłada, że im ktoś jest wyższy, tym grubszy, a im niższy, tym szczuplejszy. My wiemy, że tak nie jest. Dlatego nasze sukienki mają dwie długości. Short dla niższych kobiet i long dla wyższych, a wszystko w klasycznych S-kach; M-kach i L-kach – mówi wspólniczka Basi.

Czy sukienka porodOVA ma jeszcze jakieś ukryte patenty?

– Rozpięcia z przodu w naszych sukienkach zapinane są na napy oraz magnes! Jest to nasz autorski pomysł. Dzięki niemu mama może uniknąć irytujących sytuacji, jak w przypadku guziczków w serduszka, o których mówiłam wcześniej – tłumaczy Dominika. – Natomiast dzięki rozpięciom na plecach podczas czynności medycznych lekarz może rozpiąć tę sukienkę na nas, a my w końcu nie musimy czuć się skrępowane.

Oprócz klasycznej porodOVEJ z krótkim rękawem lub na ramiączkach, w ofercie marki granatOVO znajdziemy też takie cuda jak granatOVA czy butelkOVA sukienka do karmienia. Oczywiście fanki różu również znajdą coś dla siebie – czeka na nie sukienka pudrOVA 😊. Warto zwrócić też uwagę na kolekcję all-day-long, czyli idealne zestawy na dzień i noc, z obowiązkowymi kieszeniami.

– Zdarzają się sytuacje, kiedy przyszłe mamy przychodzą do nas na zakupy dopiero przed drugim porodem, mówiąc: „Boże, gdybym ja wtedy wiedziała to, co wiem teraz!” – opowiada Basia. – Bardzo często przyprowadzają też ze sobą przyjaciółki, które spodziewają się pierwszego dziecka. Dużą rolę odgrywają też mamy i teściowe, którym zależy na tym, by dziewczyny nie rodziły jak one lata temu. Rozumieją, że same nie miały wyboru, ale teraz, kiedy istnieją przemyślane rozwiązania, dlaczego z nich nie skorzystać?

– Obserwuję, że przyszłe mamy w trakcie ciąży są bardzo ukierunkowane na dzieci i często robią zakupy wyłącznie dla nich. Zdarza się, że są w stanie zapłacić 100 złotych za kolejny kocyk, a uważają, że to, w czym rodzą, nie ma znaczenia. Dziewczyny! Kupcie sobie porządną sukienkę do porodu! – śmieje się Dominika i dodaje – Jeśli chcemy, by w szpitalu traktowano nas po partnersku i nie mówiono do nas jak do dzieci, nie możemy wyglądać infantylnie. Trudno oczekiwać, by traktowano nas jak dorosłe kobiety, jeśli wyglądamy jak małe dziewczynki. Idąc do pracy, prowadząc poważne rozmowy, nie zakładamy koszuli w kolorowe owieczki, więc dlaczego przy porodzie ma być inaczej?

#nierodzewbyleczym

 

fot. Bujak Studio

Anna Meres autor artykułu

Reklama

Polecamy!