oMatko!

Magazyn świadomych rodziców

#25zomatko / Felietony

Rodzice All Inclusive

„Nie lećcie do Grecji. Tam jest za gorąco”, „Po co męczyć takie małe dziecko podróżą samolotem?”, „Siedźcie w domu, ewentualnie jedźcie w Polskę” – słyszeliśmy, gdy zaczęliśmy planować pierwsze wspólne, rodzinne wakacje. W takich radach i przestrogach najbardziej podoba mi się to, że nie trzeba ich słuchać.  Więc polecieliśmy.

Dzięki tym wakacjom dowiedzieliśmy się, że mając syna, marzymy inaczej. Dzięki Heńkowi mieliśmy tak dobry nastrój, że nie musieliśmy już nic więcej, szybciej, bardziej, jeszcze i w pędzie. Dowiedzieliśmy się, że uroczo jest leniwie zatrzymywać się przy każdym aucie, kocie, ptaszku, łopoczącej fladze czy schodach. A prawdziwa wartość to fakt, że dla naszego Syna wszystko było bajecznie ekscytujące, wszystko w asyście dwójki rodziców all inclusive, 24 godziny na dobę.

Ale prawdą jest też, że na tym wyjeździe prowadziłam wojny psychologiczne, wojny nerwów. Kiedy zobaczyłam, że mojemu Synowi inne dzieci agresywnie zabierają traktorek na basenie, naturalnie obudziła się we mnie lwica. Wypuściłam powietrze, które wstrzymywałam jakieś 30 sekund, i stałam się porywcza. Wyszarpywałam – delikatnie, choć nieustępliwie – niesfornym bliźniakom zabawkę mojego Syna. Nie jestem z tego dumna. Ale też trochę jestem. Kolejna nauka: moja miłość do Syna jest dla mnie ważniejsza niż jakakolwiek przyzwoitość.

Mój Mąż z kolei, jak zwykli czynić ojcowie – współcześni, zaangażowani i gorliwi –martwił się. Gdy nasz zdziwiony Syn wpatrywał się w klauna mówiącego po niemiecku, mój Małżonek w swojej wyobraźni widział trwałą traumę, strach oraz utożsamianie klaunów wyłącznie z osobami mówiącymi w niezrozumiałym języku. Na to nie mogliśmy pozwolić. Uciekaliśmy więc nie tylko przed komarami, ale również przed klaunami.

Czy to ze względu na różnicę czasu, czy masę atrakcji, nasz Heniek – wiedziony naprzód różnymi pragnieniami – budził się wcześniej. Nasz dzień był więc długi i intensywny. Śmialiśmy się z siebie, gdy przypominaliśmy sobie nasze obawy i plany: „Jak my będziemy funkcjonować, kiedy zaśnie, zamknięci co wieczór w kilku ścianach, bez możliwości wspólnego wyjścia?”. Znaleźliśmy wyjście. Powiem Wam, co robiliśmy: też zasypialiśmy. Jak dzieci. Jak grzeczne dzieci.

Jadąc z dzieckiem na wakacje, łapiesz nić porozumienia z innymi wyspanymi bądź nie rodzicami, wszystko jest takie łatwe i możliwe do omówienia. Przysłuchujesz się, kiedy opowiadają, że ich córka w wieku Henia była znacznie niższa albo współczujesz, gdy słyszysz opowieści o synu, którego dopadł w lesie kleszcz. Na te i każdą inną opowieść reagujesz jak automat – wytaczasz swoje działa: „Nasz Syn jest tak kulturalny i dobrze wychowany, że zawsze i ze wszystkimi się żegna, świadomie mówi «nie» i potrafi zanucić Despacito (serio, to nie bujda). A ma – podkreślmy to – zaledwie 14 miesięcy”.

Nasz Geniusz w Grecji zdawał się posiadać status perskiej kotki. Wszyscy go głaskali.

Kiedy słyszysz, jak pracownik hotelowej recepcji uznaje twoje dziecko za czarujące, pękasz z dumy. A zaraz potem jesteś pewna, że nie mówi tak o każdym dziecku. Nie. To wykluczone.

Późnymi wieczorami i podczas lotów, kiedy spał, tęskniliśmy. Oglądaliśmy wtedy zdjęcia i filmiki, które robiliśmy Mu podczas wyjazdu. To był nasz rodzaj intymnej konwersacji z poufałością typową dla rodziców. A w każdej innej chwili spamowaliśmy skrzynki malowe i telefony rodziny i znajomych. Dziwiąc się bardzo, kiedy któraś z paczek nie była skomentowana przez wszystkich – podkreślam: wszystkich – peanem na Jego cześć.

Te wakacje to był czysty i prawdziwy relaks oraz bardzo pouczająca, mocno edukacyjna przygoda tak dla naszego Syna, jak i dla nas. Przydarzały się nam wyłącznie ciekawe rzeczy. A jeśli nawet nie były ciekawe same w sobie, to On takimi je czynił przez swoje uczestnictwo. Naszemu Synowi, za to, że tego dokonał, należą się – jak każdemu pilotowi samolotu – brawa na koniec tego felietonu.

Katarzyna Burzyńska-Sychowicz autor artykułu

Reklama

Polecamy!