oMatko!

Magazyn świadomych rodziców

#25zomatko / Felietony

Rzucić wszystko i w Bieszczady

Wszyscy się ostatnio śmieją z epidemii naiwnego myślenia o wyjeździe ze świata korporacyjnych demonów na łono natury, która bez specjalnego wysiłku z naszej strony uzdrowi, pozbawi nas trosk i pozwoli zanurzyć się w sielskiej egzystencji. Takie podejście ma wadę. Zazwyczaj kończy się spektakularnym upadkiem na twarz po bolesnej konfrontacji z rzeczywistością, która nie chce sama rozwiązać naszych problemów. Jedyny plus jest taki, że 99% ludzi poprzestaje na marzeniach, nie realizuje tego planu, dzięki czemu może przez całe lata upajać się tą idylliczną wizją niczym nastolatka z rumieńcem na twarzy marząca o porywającym ją kawalerze na białym rumaku. Mało realne, ale pomarzyć można.

Nie wylewajmy jednak dziecka z kąpielą i odczepmy się od Bieszczad oraz pozostałych miejsc, gdzie jest dużo natury i mało korków ulicznych. Takie miejsca leczą, o ile podejdzie się do nich z racjonalnymi oczekiwaniami. Jeżeli jedziemy na weekend w Beskid Niski poszukać nowego Ja, odrestaurować zakurzony aspekt duchowy i wrócić z pełnym dystansem do goniącej nas zewsząd rzeczywistości, godnym mistrza Zen, mając jednocześnie z tyłu głowy świadomość poniedziałkowego, porannego deadline’u w pracy – prawdopodobnie się nie uda. Jeżeli jednak wybieramy się tam po to, by przewietrzyć głowę, odpocząć na trawie, czytając nieczytane od lat książki, to szansa spełnienia oczekiwań jest spora.

Mam kilka takich miejsc, które leczą mnie w sposób wyjątkowy. To Mazury (poza sezonem, najlepiej gdy jest się jedyną łódką na jeziorze), morze (gdzie nietrudno być jedyną łódką w zasięgu wzroku) oraz góry (które dają niesamowite poczucie przestrzeni), ze szczególnym uwzględnieniem bieszczadzkiego pensjonatu i stajni „U Prezesa”. Ci, którzy tam byli, wiedzą, dlaczego. Ci, którzy nie byli, niech się dowiedzą. Wszystkie wyżej wymienione rewiry mają jeden wspólny mianownik – właściwe proporcje pomiędzy człowiekiem i naturą. W skrócie: człowiek jest mały, a natura – duża. Wielka. W mieście, gdzie perspektywę przysłaniają wieżowce i gierkowskie blokowiska, zupełnie tego nie widać. Na morzu czy w górach wiadomo, że z przyrodą się ogólnie nie zadziera, bo gdy granica zuchwałości zostanie przekroczona, to potem boli. Bardzo. Natura uczy pokory, co czasem przychodzi z trudem, jednak – przynajmniej na mnie – działa doskonale. Jak się człowiek czasem przestraszy nadchodzącej burzy na otwartym morzu czy wyimaginowanego niedźwiedzia w górach, to mu się od razu lepiej w głowie układa i nagle sobie przypomina, że nie jest wszechmogącym panem wszechświata.

W zeszłym roku pierwszy raz zabrałem trzyletnią wtedy Zu na łódkę. Zastanawiałem się, czy nie spalę tematu zbyt natarczywym entuzjazmem, ale się udało. Chwyciła, podobało się, była przygoda, skok do wody, ochlapujące twarz fale, całkiem silny wiatr, nocowanie na kołyszącej się łodzi. Nie bała się, chciała więcej przechyłów. Win-win. Pierwszy przyczółek zdobyty.

Lubię też prowincję, wieś, z pozoru zwyczajne miejsca. Niby nic szczególnego, jednak czas tam zwalnia, zwalniamy i my. Dzieci w naturalny sposób korzystają z zasobów takich okolic, czyli nieograniczonej przestrzeni, ciszy, piachu, błota i stada lokalnych rówieśników. Potrafią sobie same zorganizować czas, uwalniając nas od tego obowiązku. To warunki sprzyjające detabletyzacji dziecka. Natura nie ma lekko w rywalizacji o uwagę malucha z najnowszymi technologiami, jednak nie stoi na całkiem przegranej pozycji. Możliwość spektakularnego umazania się błotem czy perspektywa spotkania w lesie żywych organizmów, które zna się jedynie z książeczek o zwierzątkach, wciąż kusi. Nikt się przy tym nie przejmuje miejskimi nawykami – dbaniem o czystość ubrań (choć my się już poddaliśmy), regularnymi kąpielami (moim zdaniem na łonie natury człowiek się brudzi inaczej niż w mieście, w sposób, który nie powoduje dyskomfortu u innych; G. nie podziela tej teorii) czy porami posiłków. Mniej spięcia, mniej konfliktu, więcej czasu na wszystko. To chyba prawdziwy odpoczynek.

Wyjazdy mają istotną wadę, którą jest okazjonalność. Dlatego od wielu lat marzę, by docelowo zamieszkać poza miastem, najlepiej w górach. Wygląda na to, że jednak jestem tą nastolatką z rumieńcami na twarzy, którą dopiero co obśmiałem. Na swoje usprawiedliwienie napiszę, że staram się jednak do tego przygotować, wyrysować w głowie długoterminowy plan. Moim celem jest oderwanie pracy od miejsca, wykonywanie jej zdalnie. To pomost do spełniania marzeń – wyprowadzając się z miasta, nie trzeba rzucać wszystkiego i uczyć się hodowli kóz. Można taką przeprowadzkę zrobić płynnie, bez rewolucji, maksymalizując szansę skutecznej adaptacji w nowych warunkach. Brzmi jak niezły plan, prawda? Problem w tym, że jest tylko mój. G. ma inny, kompletnie niekompatybilny z wyżej wspomnianym. Moja żona to typowo miejski gatunek, który nie wyobraża sobie mieszkania poza Warszawą, bez miejskiej infrastruktury, bez miejskiego klimatu. I co ja mam zrobić?

Tomasz Bułhak autor artykułu

Reklama

Polecamy!