oMatko!

Magazyn świadomych rodziców

#25zomatko / Wywiad

Stop krytyce mam!

Iwona Kilińska, autorka bloga „Ja, Kura Niedomowa”, opowiada Annie Meres o tym, dlaczego chce obalać stereotypy dotyczące macierzyństwa i czego dotyczy akcja #stopkrytycemam!

 

 

Anna Meres: Porzuciła Pani korporację, by rozpocząć własną działalność. Obecnie prowadzi Pani bloga dla mam „Ja, Kura Niedomowa”, na którym obala stereotypy związane z macierzyństwem. Mówi Pani: „Macierzyństwo nie pachnie lawendą i nie smakuje jak lukier”.

Iwona Kilińska: W zasadzie porzuciłam myśl o tym, żeby wrócić do korporacji. Przyszedł taki czas, że nie byłam już w stanie wyobrazić sobie, jak mogłabym dzielić czas pomiędzy małym dzieckiem a pracą po dziesięć, dwanaście godzin na dobę. Nie potrafiłam też usiedzieć w jednym miejscu. Brakowało mi czegoś, czym mogłam się zająć poza byciem mamą. Musiałam mieć coś dla siebie. Takim czymś miała właśnie być (i była przez dwa lata) własna działalność. Zbyt dużo jednak wzięłam na siebie. Miałam wtedy bardzo silne przekonanie, że wszystko mogę i potrafię zrobić sama. Począwszy od postawienia sklepu w internecie, skończywszy na szyciu gigantycznie wielkich siedzisk do kawiarni letniej, co było zleceniem bardziej dla tapicera niż dla kogoś, kto jak ja, szył na co dzień kocyki dla niemowląt. I musiałam przełknąć porażkę. Wtedy zrozumiałam, że błędy uczą nas dużo więcej niż sukcesy. Ba, na podstawie tych właśnie doświadczeń stworzyłam poradnik dla początkujących przedsiębiorców zatytułowany „Błędy Mojego Biznesu”, z którego korzysta dzisiaj kilkoro moich znajomych. I znów, mimo porażki, nie potrafiłam usiedzieć w miejscu. W kwietniu ubiegłego roku wystartowałam z blogiem. Myśl: „Macierzyństwo nie pachnie lawendą i nie smakuje jak lukier” jest kwintesencją tego, co moim pisaniem chcę przekazać innym mamom. Zależy mi na tym, żeby każda mama potrafiła docenić macierzyństwo takim, jakie ono jest: z jednej strony wzniosłe, pełne miłości, cudownych chwil wypełnionych śmiechem naszych dzieci, a z drugiej – tak bardzo dalekie od tego, o czym właśnie powiedziałam. Niekiedy bolesne, odbierające wiarę w siebie, męczące, płaczące, nieprzespane, a czasami wręcz niechciane. Chodzi mi o równowagę. O pielęgnowanie tego, co piękne w byciu mamą, przy jednoczesnym zaakceptowaniu ciemnych stron tej funkcji. Tylko wtedy kobieta jest w stanie cieszyć się tym, co przeżywa. W przeciwnym razie jej życie wypełnia permanentne rozczarowanie, strach, wstyd i poczucie winy.

Kim jest Niedomowa?

Mamą. Taką, jakich pełno wokół. Kocha własne dzieci ponad wszystko, uwielbia swój dom, wszystkich i wszystko, co w nim jest. Spośród wszystkich życiowych doświadczeń najbardziej dumna jest z bycia mamą swoich dzieci. Równocześnie jednak nie traktuje macierzyństwa jako poświęcenia. Nie składa siebie na ołtarzu rodziny, a właśnie w byciu mamą odnajduje całą masę motywacji do tego, żeby chcieć w życiu więcej i częściej. Cały czas się uczy. Cały czas też popełnia błędy. Ale wyciąga z nich wnioski i potrafi wynieść nową wiedzę z własnych potknięć. Kocha siebie. Akceptuje siebie ze wszystkimi swoimi wadami, których ma całą walizkę. Ale jest też świadoma swoich mocnych stron i stara się budować na nich swoją pozycję w świecie. Kocha ludzi, och jak ona kocha ludzi! Jest ich ciekawa, gdziekolwiek się znajdzie. Z pewnością nie jest i nie chce być perfekcyjną mamą. Mówi o sobie, że jest „wystarczająco dobrą matką” i mam silne przekonanie, na granicy z pewnością, że właśnie taka jest najlepsza dla swoich dzieci. Cały czas buduje i umacnia własne poczucie wartości. Doskonale bowiem zdaje sobie sprawę z tego, że to najpiękniejszy prezent, jaki może podarować swoim dzieciom. Ma do siebie ogromny dystans. Twierdzi, że bez tego nie potrafiłaby być matką w ogóle. To jest dodatkowy bonus, ta umiejętność śmiania się z samej siebie. Bardzo przydatny na przykład w chwilach, kiedy wydaje się, że już gorzej być nie może. Niedomową traktuję jak przyjaciółkę. I przez większość czasu wydaje mi się, że mamy ze sobą bardzo dużo wspólnego.

Czego dotyczą i jaki jest główny cel prowadzonych przez Panią warsztatów dla kobiet?

Moje warsztaty skierowane są do przyszłych i obecnych mam. Są też zajęcia skierowane do wszystkich zainteresowanych, nie tylko do mam. Na dzień dzisiejszy warsztaty mają trzy wątki główne: pierwszy to „PRAWDZIWE MACIERZYŃSTWO – czyli jak pokochać ciemne i pielęgnować jasne strony macierzyństwa?”. Kolejny to „STOP KRYTYCE MAM – jak budować język akceptacji i wsparcia między mamami?”. Ostatni brzmi „WYBIERZ SIEBIE – jak będąc mamą, budować i umacniać poczucie własnej wartości?”. Każdy z tych warsztatów ma odrębny cel. Ale kiedy myślę, jak odpowiedzieć na Pani pytanie o cel główny, to przychodzi mi do głowy myśl, że chcę przede wszystkim zachęcić mamy do mówienia o sobie. Do otworzenia się. Do nabrania przekonania, że mówienie o tym, co nas boli, co nas uwiera, jak również o tym, dzięki czemu czujemy się szczęśliwe, pozwala poczuć pełną satysfakcję z tego, czego doświadczamy. Bowiem kryjąc się za jakąkolwiek zasłoną, nie jesteśmy w stanie w pełni czerpać z tego, co nam jest dane. Oczywiście nie każdy ma taką samą skłonność do ekstrawertyzmu. Można jednak nauczyć się przełamywać te bariery. Jak wynika z moich obserwacji i doświadczenia z pracy z mamami, właśnie strach przed powiedzeniem czegokolwiek, co złamałoby niczym nie zmącony obraz ich macierzyństwa, bywa powodem ogromnej frustracji tych kobiet. Zarazem można zaobserwować, że wychodzenie do ludzi z czymś, z czego jesteśmy dumne, co nas cieszy i czyni szczęśliwymi kobietami, często wiąże się ze wstydem i zakłopotaniem. Myślimy, że oto cieszy nas coś, co teoretycznie nie powinno nas cieszyć, jak na przykład własny sukces zawodowy czy wyjście bez dziecka na kawę z przyjaciółką. Właśnie ruszyłam z zapisami na każde z wymienionych trzech warsztatów. Z całą serią ruszam od jesieni tego roku i mam nadzieję stopniowo uzupełniać ofertę. Mam już pomysł na bardzo praktyczne warsztaty, na których na przykład podzielę się metodą na nauczenie kilkutygodniowych niemowląt przesypiania całych nocy. Wiem, brzmi nieprawdopodobnie, ale zapewniam – jest to możliwe. A przy tym ogromnie fascynujące.

Na blogu funkcjonuje rubryka „Wyznania matek”, w ramach której kobiety-mamy mogą anonimowo wyrzucić z siebie to, co je boli, co im przeszkadza, a także pochwalić się własnymi sukcesami. Czy Polki chętnie się udzielają? Jakie historie najbardziej Panią poruszają?

To bardzo dla mnie ważne miejsce na blogu. Nawiązuje ono bezpośrednio do tego, o czym mówiłam przed chwilą i na czym zależy mi szczególnie. Śledząc aktywność mam w tym miejscu, trudno jednoznacznie stwierdzić, czy Polki chętnie się otwierają. Zdarzają się dni, kiedy tych wyznań jest kilkanaście, ale są też takie okresy, kiedy nie dzieje się nic i na kolejne wyznanie czekam tygodniami. Szczerze mówiąc, wydawało mi się, że skoro to miejsce jest absolutnie anonimowe – bo nawet ja nie wiem, kto i z jakiego miejsca pisze – to wyznania posypią się jak z rękawa. Nie wiem, czy to kwestia ograniczonej wylewności, czy strachu przed oceną. Mimo że nie ma tam możliwości komentowania czy negatywnego oceniania, nie pojawia się wiele wyznań. Może problem leży w braku zaufania do takich miejsc, gdzie mimo że zadeklarowane jest zachowanie całkowitej anonimowości, wciąż tli się obawa, że ktoś może nas wyśledzić? Oczywiście powód może być całkiem przyziemny: jeszcze bardzo mało kobiet wie o tym miejscu.

Najwięcej emocji odczuwam, kiedy czytam wyznania o samotności mam. O tym, że czują się same, zagubione. Że z trudem odnajdują sens w swoim życiu, a już tym bardziej w byciu mamą. Nie raz, przyznam się Pani, popłynęły mi łzy. W takich momentach żałuję, że nie mogę dotrzeć do tych kobiet. Ale wierzę, że sam fakt wyrzucenia z siebie tych myśli już w jakiś sposób im pomaga i jest im choć troszeczkę lżej. Oczywiście do działu nie spływają wyłącznie smutne historie. Zdarzają się całkiem zabawne zwierzenia. Pamiętam list, który mianował toaletę na ostatni bastion intymności mamy. W pamięć zapadł mi też unik z chowaniem papieru toaletowego, dzięki czemu mama mogła wyjść sama z domu pod pretekstem kupna nowych rolek. Mam nadzieję rozwinąć „Wyznania …” i zrobić z nich miejsce spotkań mam, które po prostu chcą się wygadać, chcą poczuć, że nie są same ze swoimi problemami i troskami. Chcę też, żeby reakcji na te wyznania było coraz więcej. To dla mnie dowód wspólnoty, jaka tworzy się właśnie wtedy, kiedy jest się ze sobą i z innymi absolutnie szczerym. To wspaniałe uczucie, proszę mi wierzyć.

Przeprowadziła Pani ankietę „Wstydź się, mamo!”. Jakie są jej wyniki? Dlaczego krytykujemy inne mamy?

Tak, i powiem Pani szczerze, że wyniki są dla mnie zaskakujące. Pokusiłam się o zebranie wszystkich najczęściej padających odpowiedzi i wyszło mi coś takiego: „Otóż w związku z tym, że mamy inne zdanie, pouczamy inne matki i oceniamy to, jak one karmią swoje dzieci, przede wszystkim dlatego, żeby samemu poczuć się bardziej wartościowe. I nie widzimy w tym problemu. Po wszystkim jednak czujemy, że to kompletnie nie nasza sprawa”.

Proszę mi wierzyć, że ostatnia część powyższego zestawienia wywołała u mnie złość zmieszaną z bezradnością. Pytałam się: „Więc po co to wszystko, skoro to i tak do niczego nie prowadzi?”. Ujmę to tak: krytykujemy inne mamy, bo same chcemy poczuć się lepsze, zazdrościmy innym kobietom, a nasze działania są powodowane przez stereotypy i tradycje rodzinne. Tylko 6% badanych mam potwierdza, że skrytykowało inną mamę, ponieważ zostało o to poproszone. Czy to jest zatem silniejsze od nas, czy to już nawyk?

Proszę sobie wyobrazić, że aż 95% mam chociaż raz doświadczyło krytyki, oceniania czy wyśmiewania, a aż 84% mam zachowało się tak wobec innej mamy. Szczerze mówiąc, te liczby mnie przerażają. Oczywiście byłam i jestem świadoma skali zjawiska hejtu, ale nie spodziewałam się, że wśród mam jest to aż tak wielki problem. I dlatego wpadłam na pomysł kampanii społecznej, której punktem wyjścia są właśnie wyniki tej ankiety.

Walczy Pani o wsparcie i zrozumienie pod hasłem #stopkrytycemam.

Tak. Chcę rozpocząć szeroką dyskusję o tym, ile złego niesie ze sobą wzajemna krytyka, ocenianie czy ośmieszanie; jak głęboko taki przejaw hejtu może się odbić na emocjach czy nawet psychice jego odbiorcy. Ponadto chcę mówić o potrzebie zmiany języka, jakim się komunikujemy. Nie możemy oczekiwać, by każdy lubił każdego, jest to zresztą niewykonalne. Naprawdę nie musimy się kochać, ale nie możemy też się tępić, deprecjonować swoich zdolności czy osiągnięć. Wystarczy, że będziemy siebie nawzajem akceptować i szanować swoje wybory. Umiejętność wspierania innych jest ogromnie ważna dla każdej z nas. Doskonale wiem, jak trudno jest być dla kogoś oparciem, motywować innych, kiedy własny sukces nie stoi tuż za drzwiami. Tę umiejętność mogłam rozwinąć w trakcie moich właśnie ukończonych studiów podyplomowych „Praktyczna Psychologia Motywacji” na SWPS i Akademii „Biegun” Marka Kamińskiego. To ogromnie cenna kompetencja, którą chciałabym podzielić się z innymi mamami. Chcę też przekazać mamom (sprawić żeby zrozumiały/nauczyć je), że żyją nie po to, żeby ich decyzje były dla wszystkich jasne i klarowne, ale po to, żeby jak najlepiej, najpełniej, z silnym poczuciem własnej wartości, przeżyły swój czas.

Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia 10 września w Katowicach podczas II Festiwalu Świadomych Rodziców.

Dziękuję również i do zobaczenia.

 

#BIO

 

Iwona Kilińska

Ma 46 lat. Jest mamą ośmioletniej Marty. Mówi szczerze o macierzyństwie. Ma obwisłe cycki i cellulit. Uwielbia jeść. Nie znosi letniej wody. Uwielbia śnieg w zimie, klapki w lecie, zapach trawy na wiosnę i milion kolorów jesieni. Wie, co to jest puślisko. Gdyby mogła, hodowałaby konie tańcząc. Kręci ją polityka, Szymborska, Jimmy Fallon i humbaki.

Anna Meres autor artykułu

Reklama

Polecamy!