oMatko!

Magazyn świadomych rodziców

#25zomatko / Felietony

TA TO ma szczęście…

Tata mojego Syna, mój Mąż, to facet, który zawsze zareaguje, gdy ktoś potrzebuje pomocy albo wsparcia, bezwzględnie pospieszy z odsieczą, gdy komuś dzieje się krzywda. Zapyta, czy wszystko w porządku, zainterweniuje, gdy w porządku nie jest. Każdej przygodnie napotkanej kobiecie pomoże z zakupami, wózkiem, walizką, dzieckiem, psem albo drzwiami od windy, a faceta wspomoże radą, ramieniem czy monetą. Gdy trzeba działać, nigdy nie chowa głowy w piasek. Pozostawia ten przywilej grabarzom i strusiom.

Wszyscy moi znajomi i rodzina zgodnie i gremialnie twierdzą, że to człowiek codziennie, niezmiennie i po prostu dobry. To takie proste i tak niecodzienne. Takich ludzi już nie ma. Takich mężczyzn to ze świeczką szukać, a i z noktowizorem ciężko znaleźć.

„Cholerne masz, Kaśka, szczęście!”, „Trafiło Ci się jak ślepej kurze ziarno…” (to akurat cytat z mojej bezpośredniej Mamy). Bezpośrednio (ani nawet pośrednio) nie znam innego, równie szarmanckiego i wrażliwego mężczyzny. Nie znam kogoś podobnego, kto we wszystkich doszukiwałby się jasnych stron i tłumaczył – i to całkiem do rzeczy – każde ewentualne świństwo czy plugastwo. Znacie kogoś, kto nie potrafi wskazać osoby, której nie lubi? Poznajcie: oto mój Mąż.

Kiedy Go pytam, czego nauczył Go jego tata, odpowiada skromnie, że szczerości: że to czasem trudniejsza, ale finalnie zawsze lepsza droga. I tego samego chciałby nauczyć naszego Syna. Znacie kogoś równie słodkiego? Poznajcie: taki jest mój Mąż.

Ten felieton piszę z pociągu relacji Wrocław–Warszawa. Wracam z weekendu spędzonego po raz pierwszy (od roku i 4 miesięcy) bez Syna. Samotnie. Z przyjaciółkami. Oczywiście słyszałam od bliższych i dalszych, że „dziecko zostawiam na pastwę losu”, że „matka wyrodna ze mnie” i że – to cytat z mojej bezpośredniej Mamy – „Wystawiam na próbę moje małżeństwo”. Jedyną osobą, która szczerze mi kibicowała i zachęcała do tego wyjazdu był On – mój Mąż właśnie.

Oczywiście, że przez całą drogę do Wrocławia oglądałam w telefonie zdjęcia Syna i filmiki z Nim w roli głównej. Oczywiście, że – podczas plotek z przyjaciółkami – wtrącałam swoje matczyne 3 grosze (nie tylko do rachunku). Oczywiście, że budziłam się w nocy, chcąc sprawdzić, czy na pewno śpi i przeklinałam niesprawiedliwość boską, która spowodowała opóźnienie moje powrotnego pociągu o 40 minut! Cenne 40 minut, które mogłam spędzić z moim Synem! Chciałam pisać skargę natychmiast albo chociaż jakieś odwołanie… Oczyma wyobraźni wszczynałam awantury w okienkach informacyjnych i już rozmawiałam ręcznie z konduktorem. Chciałam wykrzyczeć współpasażerom i taksówkarzowi, który wiózł mnie już do domu: kto mi wystawi fakturę za ten stracony czas??? Znacie kogoś takiego?

Oczywiście, że tęskniłam. Ale tęskniłam też za samowolką, za pójściem do knajpy i niepatrzeniem na zegarek, za możliwością późniejszego wstania i brakiem obowiązków i odpowiedzialności od śniadania. Przejął je mój Mąż. Mi zostało przeświadczenie i pewność, że moje Dziecko nie może być lepiej zaopiekowane. A przecież nie wszystkie matki tak mają. Znacie takie, które bliskość z Dzieckiem zawłaszczają tylko dla siebie? Nie pochwalam.

Chwalę natomiast wszystkich współczesnych ojców z prawdziwego zdarzenia i kibicuję im gorliwie. Dziękuję im za to, że odrzucają konwencję, w której to kobiecie przypada rola piastunki na wyłączność. Bo dziś ojcowie są bardziej zaangażowani, partycypujący i współodczuwający, nie uważacie? Chodzą do szkoły rodzenia, na spacery i specjalistyczne zajęcia, kąpią, przewijają i wymyślają bajki, robią bazy z kartonu i namioty z koców.

To nie to, co kiedyś. Jak lubi podkreślać moja Mama: „Twój Tata nigdy nie zmienił Ci pieluchy”. Ja przyznaję się, że – przebywając po porodzie w szpitalu – też nie zrobiłam tego ani razu. Wyręczał mnie mój Mąż. On potrafi Henia nakarmić, ubrać, uśpić, zareagować, kiedy ma wirusa i nie wpadać w histerię, kiedy wydaje mi się, kiedy podejrzewam, a za chwilę jestem już pewna, że strup na Jego głowie to kleszcz.

Ale żeby nie było za pięknie: czasem – i owszem – jest nadgorliwy i nadopiekuńczy, czasem o czymś zapomni i Heniek chodzi przez pół dnia ze śpiochami w kącikach oczu albo w śpiochach bez pieluchy, albo ubrany nie za pięknie. Ale co z tego? I jeszcze raz: co z tego?

Dziś mężczyznom zdecydowanie łatwiej wejść w rolę, która przynależała do nas przez stulecia. Ale to jest wyjątkowo męskie, nie uważacie?

Katarzyna Burzyńska-Sychowicz autor artykułu

Reklama

Polecamy!