oMatko!

Magazyn świadomych rodziców

#25zomatko / Felietony

Tak między nami

Zarówno ja, jak i mój Mąż kochamy siebie samych. Kochamy również siebie nawzajem. W związku z tym, że jedynym znanym nam i powszechnie dostępnym środkiem, by się zwielokrotnić, są dzieci, na tym najwspanialszym ze światów pojawił się Henryk. Kiedy w Swoim Potomku widzisz grymasy Swojego Męża albo ktoś mówi Ci, że On ma Twoje oczy, myślisz sobie: to jest fenomenalne! Dodatkowo: ten młody fenomen to nasz Syn!

Mówi się, że dziecko to bałagan i huragan, dezorganizacja życia i zamieszanie. U nas było zgoła inaczej. Henryk wprowadził się do naszego życia, a wraz z nim – jeszcze większy ład i porządek. Karmienie, drzemki, zabawa, spacery, kąpiel – wszystko ma swój czas, wszystko cechuje zegarmistrzowska precyzja. Wymieniając się opieką nad Nim, jak nigdy wcześniej, znamy swoje rozkłady dnia i plany zawodowe. Z dużym wyprzedzeniem, co do minuty. Wszystko działa jak w zegarku. A jak działają kółka i sprężyny machiny małżeńskiej odkąd jest z Nami?

Kombinacja Mojego Syna i Mojego Męża wpływa na mnie jak środek rozczulający. Ujmuje mnie, kiedy Mąż przewija Henia, wywijając każdą falbankę pieluszki, kiedy skraca Mu paznokcie, sprawiając wrażenie, jakby nie było na świecie nic ważniejszego od tej czynności. Albo kiedy robi z siebie kompletnego błazna tylko po to, by Go uspokoić. Moje oczy łzawią od niektórych tuszów do rzęs i od takich kruchych widoków.

Mój Mąż, odkąd został Tatą, dodatkowo działa na mnie jak środek rozpuszczający. Rozpuszcza moje niepokoje i wątpliwości w swoim rozsądku i odpowiedzialności, ale również rozpuszcza mnie w moim macierzyństwie. Kiedy słyszę pytanie, czy nie mam ochoty odpocząć, pójść na siłownię albo spotkać się wieczorem z przyjaciółkami, wiem, że jestem farciarą. Bo dziecko jest błogosławieństwem, ale kiedy Mąż okazuje się Takim Ojcem, to jest to błogosławieństwo podwójne. Sławię więc Mojego Męża w tym felietonie, bo dzięki Niemu jest mi w stanie macierzyńskim błogo. Jestem Mu za to głęboko wdzięczna.

Nasze małżeństwo i relacje od czasu pojawienia się Henia są inne. Rzadziej jadamy wspólne posiłki, ale częściej wychodzimy na spacery (niemniej romantyczne). Częściej do siebie szepczemy, a kiedy mówimy „kocham”, to w wolnym tłumaczeniu znaczy: „ja wstanę do Niego”.

Oczywiście bywa, że mózgi nam dymią, jesteśmy zmęczeni i ospali, a naszą kondycją jest brak kondycji. Ale nawet kiedy padamy na twarz i z nóg, to nie zapominamy o randkach. Kiedy mamy czas na igraszki, czujemy się beztroscy jak nastolatkowie. Jesteśmy młodzi i narwani, brykamy po mieście. Jesteśmy jak sztubacy, których rodzice wyjechali z domu, zostawiając kluczyki do swojego auta. I to jest chyba klucz do udanego po(dziecku)życia. To bardzo zdrowe.

Mamy taką tradycję i zwyczaj: żeby w najprostszy sposób pokazać, że o sobie myślimy: wysyłamy sobie smsem kropkę. Odkąd mamy Henia, dostaję dwie.

Co jeszcze się zmienia? Pracujemy szybciej, efektywniej, sprawniej. Żeby tylko z doby wykraść jak najwięcej czasu dla rodziny. Staliśmy się domatorami, cenimy sobie, jak nigdy wcześniej, wspólne wieczory na kanapie. Lubimy czasem być nudni. To, co przeciętne jeszcze bardziej nam się podoba. Tegorocznego Sylwestra spędziliśmy w Zakopanem. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów… przed telewizorem, grając w grę planszową (ale również w małżeński flirt).

Nasze imprezy wyglądają dziś inaczej. Domówki zaczynają się znacznie wcześniej, by skończyć się przed porą kąpania.

No i jeszcze jesteśmy zapraszani na kinderbale! Dzięki nim, ale również dzięki interaktywnym zabawkom Henia, zdobywamy nowe sprawności: potrafimy zrobić małpkę z balonów, zaśpiewać cały alfabet i śpiewająco liczyć do 10. To są nasze prywatne melodie szczęścia.

Dziecko to akcelerator, przyspieszacz – daje małżeństwu napęd, choć wywołuje ryzyko stłuczki. Ceruje powietrze i atmosferę w związku, jednocześnie potrafiąc naładować dom elektrycznością o wysokim napięciu. Dziecko to przedsięwzięcie wariackie dla małżeństwa: obrabowuje z czasu, ubezwłasnowolnia. To sprawa piękna, ale też dzika.

A więc: czy małżeńskie relacje zmieniają się wraz z przyjściem na świat Dziecka? U nas zmieniło się wszystko, a zarazem nic się nie zmieniło. Mamy chorobliwą skłonność do Syna, ale wciąż jesteśmy zaprogramowani na siebie. Bo grunt, to nie pozwolić, żeby rodzicielstwo zatriumfowało nad wszystkim. Nie należy zaniedbywać teraźniejszości. Żadnych chorobliwych poświęceń. Żadnych samowyrzeczeń. Kochamy Henia. Ale niezmiennie kochamy też siebie samych. I kropka. A nawet dwie.

Katarzyna Burzyńska-Sychowicz autor artykułu

Reklama

Polecamy!