oMatko!

Magazyn świadomych rodziców

#25zomatko / Mamy pomysł na biznes

UL&Kowa rewolucja!

Kiedy jechałam na lutowe targi Kids Time do Kielc, cieszyłam się, że będę miała w końcu okazję poznać osobiście wielu Partnerów „oMatko!”, a także firmy, u których kupowałam rzeczy dla mojej córki. Przechadzając się wśród pięknych stoisk, witana kawą i odprowadzana uśmiechem, trafiłam na stoisko marki, z którą łączą mnie prawdziwie sentymentalne wspomnienia. Kiedy dwa lata temu urodziła się moja córka, na Instagramie wypatrzyłam dla niej jej pierwszą opaskę. Miała w sobie to „coś” i była inna od wszystkich, które dotychczas widziałam. Tak oto mała Blanka stała się szczęśliwą posiadaczką swojej pierwszej „UL&Ki”.

Gdy powstawał magazyn „oMatko!” chciałam, by pewnego dnia na łamach „Mamy pomysł na biznes” zagościła Kasia Zasiadły, założycielka uwielbianej przez mamy marki UL&Ka i twórczyni pierwszej opaski mojego dziecka. Stało się! Zapnijcie pasy, jedziemy do Poznania!

 

 

JAKI PIĘKNY CHŁOPCZYK!

 

8 marca godzina 12.00. Wchodzę do Family Cafe, uroczego i jakże ciepłego miejsca. Kasia już na mnie czeka. Wita szczerym i radosnym uśmiechem, przytula na powitanie. – Co jesz, co pijesz? – pyta na wstępie. I niech nikt nie mówi, że w Poznaniu cię nie ugoszczą! Robią to znakomicie! Zamawiamy jaśminową herbatę, włączam dyktafon i zaczynam słuchać wspaniałej i rodzinnej historii UL&Ki.

– Przez wiele lat pracowałam w międzynarodowej korporacji, gdzie zarządzałam ponad dwustu osobami. Ale odkąd pamiętam, chciałam mieć własny biznes. Jednak nic nie przychodziło mi do głowy do momentu, w którym urodziła się moja córka, Ula – opowiada Kasia Zasiadły. – Byłam na urlopie macierzyńskim i choć wiedziałam, że nie jest to czas na rozpoczynanie kolejnego etapu, jakim jest założenie własnej firmy, chciałam robić coś poza nieprzesypianiem nocy i zmienianiem pieluch. Wiesz, komuś, kto przed urodzeniem dziecka prowadzi bardzo intensywny tryb życia, ciężko jest nagle zrezygnować ze wszystkiego – dopowiada. – Ponadto odkąd zostałam mamą, wiedziałam, że nie chcę wracać do pracy na etacie. Chciałam móc decydować o swoich godzinach pracy, o wyjściu na przedstawienie w przedszkolu, i nie tłumaczyć się przed szefem, że muszę wziąć wolne, bo moje dziecko jest chore.

Kiedy dowiedziała się, że będzie miała córkę, postanowiła, że nauczy się szyć, by móc samodzielnie tworzyć dla niej przebrania na przyszłe bale. Dlatego, gdy Ula miała 3 miesiące, Wojtek, partner Kasi, kupił jej w prezencie pierwszą maszynę do szycia. – Wieczorami, po położeniu Uli spać, chodziłam do zaprzyjaźnionej pracowni krawieckiej, w której mama mojego znajomego, pani Ela, nauczyła mnie podstaw szycia. Odbyłam też kurs, a w międzyczasie próbowałam samodzielnie doszkalać się w domu – wspomina. – Po miesiącu uszyłam moją pierwszą opaskę do domowej sesji zdjęciowej. Odkąd urodziła się Ula, co miesiąc robiłam jej zdjęcie, by obserwować jak rośnie, jak się zmienia. Ponieważ wszyscy wokół myśleli, że jest chłopcem ze względu na „nie różowe” ubranka, stworzyłam dziewczęcy akcent w postaci opaski – dodaje z uśmiechem Kasia.

Wspomniane zdjęcie trafiło na profil Kasi na Facebooku i lawina ruszyła. Inne mamy, koleżanki koleżanek, córki sąsiadek, wszystkie opanowała „UL&Kowa” rewolucja! Każda zapragnęła mieć własną opaskę.

 

 

BIZNES NA OPASKACH? DAJ SPOKÓJ

 

– Początkowo szyłam opaski dla córek znajomych. Jednak po zaledwie czterech miesiącach koleżanka namówiła mnie do założenia fanpage’a UL&Ki. Chętnych na opaski było już tak dużo, że musiałam stworzyć dla nich dedykowane miejsce! Pamiętam jedno z pierwszych zdjęć, które opublikowałam na stronie. Po pierwsze dlatego, że w komplecie wystąpiła moja Ula, którą bardzo rzadko pokazywałam w mediach społecznościowych, a po drugie, był koloru miętowego i wzbudzał zainteresowanie mam, które miały dość wszechobecnego koloru różowego – śmieje się Kasia.

Osobami, które także pomogły Kasi w promocji, były blogerki. Dzięki publikacjom pięknych zdjęć przedstawiających dzieci w opaskach UL&Ka, informacja o nowej marce rozprzestrzeniała się błyskawicznie. – To było coś niesamowitego, zajęcie, które miało być zaledwie odskocznią, nagle zaczęło przeradzać się w prosperujący biznes. Pamiętam jak na początku mojej drogi niektórzy znajomi patrzyli na mnie z niedowierzaniem i, pukając się w czoło, mówili: „Ty na opaskach chcesz biznes zrobić?”. Ale ja szłam w to na tak zwanym „spontanie” i myślałam: „wyjdzie to wyjdzie, nie wyjdzie, trudno!” – opowiada. – Nie musiałam ponosić dużych kosztów. Tak naprawdę jedyną moją inwestycją był zakup maszyny, którą i tak dostałam w prezencie od mojego Wojtka, oraz kupno materiału – wyjaśnia.

 

 

ACH TEN WZÓR!

 

Opaska. Niby nic odkrywczego, na rynku jest ich wiele, prawda? Jednak te, które można znaleźć u UL&Ki są wyjątkowe. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że nie są niczyją kopią, lecz autorskim projektem Kasi. – Ja nie wymyśliłam opaski, tak jak firma Apple nie wymyśliła telefonu. Można więc powiedzieć, że jestem Stevem Jobsem w swojej branży – śmieje się i dopowiada. – Po prostu wprowadziłam odrobinę rewolucji i na nowo wykreowałam modę na noszenie opasek. W wielu przypadkach zaopatruję się u tych samych dostawców materiałów, co inne firmy, jednak wydaje mi się, że kluczem do sukcesu mojego produktu jest pomysł, poczucie estetyki ,odrobina wyobraźni i indywidualne podejście do klienta.

Kasia nie jest fanką zarówno przebierania dzieciaków za małych dorosłych, jak i ubierania ich we wzory misiów, sówek czy innych pluszaków. Poprzez swoje opaski oraz komplety czapek i kominów chciała podkreślać u najmłodszych fakt, że są dziećmi, ale zrobić to pomysłowo. – Oferta sieciówek jest przesycona bohaterami bajek i powtarzalnymi wzorami. Brakowało mi produktu, który podkreśli indywidualny charakter dziecka. Dlatego cieszę się, że nasze opaski czy czapki są szyte na zamówienie. Sam fakt oczekiwania na nie od kilku do kilkunastu dni sprawia, że wprowadzamy do naszego szybkiego życia odrobinę magii i spokoju, wbrew temu, co oferują wielkie sklepy – wyjaśnia.

Wzory opasek, które proponuje UL&Ka różnią się od tych dostępnych na rynku. Kasia łączy style, bawi się nimi i tym sposobem, chwilę później, dziewczynka z pewnego miasta w Polsce staje się szczęśliwą posiadaczką dresowej UL&Ki z jeansową kokardą w kropki.

 

WYGODA

 

– Wyobraź sobie, że rocznemu dziecku próbujesz zawiązać na głowie opaskę. Z kilkumiesięcznym maluchem jeszcze nie ma problemu, ale z biegającym szkrabem? Przy projektowaniu naszego wzoru chodziło o to, by opaskę łatwo się zakładało bez konieczności każdorazowego wiązania kokardy. Dodatkowym atutem jest to, że same kokardy można wymieniać i samemu tworzyć kolejne wzory – tłumaczy Kasia.

Głównym założeniem marki UL&Ka jest, by dzieciom było w ich opaskach wygodnie i bezpiecznie. Kiedy za oknem dopisuje ładna pogoda, ale wieje wiatr, UL&Ka staje się idealnym rozwiązaniem. W całości zakrywa uszy malucha, a dzięki rozciągliwemu materiałowi jest wygodna w noszeniu. – Opaski nie mogą tylko ładnie wyglądać na zdjęciach. Gdy towarzyszą dziecku na co dzień, muszą spełniać kilka funkcji i przy okazji być po prostu ładne – wyjaśnia.

Najmilsze opinie, z jakimi spotyka się Kasia? Kiedy mamy, wysyłając zdjęcia swoich szkrabów w opaskach, piszą, że dopasowują ubrania pod opaski, nie odwrotnie.

 

 

KLUCZ DO SUKCESU TO…

 

Rodzina. Mówi się, że z nią najlepiej wychodzimy na zdjęciach. Ale rodzina to jest siła. Zwłaszcza, jeśli trzyma się razem i wspiera, gdy w naszych głowach pojawia się odważny pomysł. A kiedy podejmujemy trudne decyzje biznesowe, bardzo liczymy, że bliskie nam osoby poklepią nas po plecach i powiedzą: „Kto, jak nie ty?”.

Wojtek, partner Kasi, spędza z nią romantyczne wieczory na wspólnym przygotowywaniu zamówień – Nasza randka? Przycinamy sznureczki, przywiązujemy etykiety i oglądamy filmy – śmieje się. – Wojtek, kupując mi pierwszą maszynę do szycia, sprawił, że mogłam się rozwinąć w kierunku, o którym marzyłam – wspomina. Także rodzice Kasi od początku bardzo ją wspierali. – Tata to bardzo mądry człowiek i zawsze służy mi pomocną radą. To on zakładał w Polsce Inkubatory Przedsiębiorczości i zna biznes od podszewki. Natomiast moja mama pracuje ze mną i pomaga od samego początku w rozwoju UL&Ki. Oboje bardzo się zaangażowali w moją działalność i wiem, że bez nich byłoby mi ciężej – opowiada Kasia. – Czasami śmiejemy się, że cała rodzina żyje tylko UL&Ką. Mama dzwoni do mnie w weekend i zdaje relację ze wszystkiego, co się dzieje w jej obszarze działań – dodaje z uśmiechem. – Na tę chwilę nie wyobrażam sobie biznesu bez niej. To ona jest pierwszym ogniwem, wszystko przygotowuje, tworzy wykroje, segreguje i przekazuje dalej skrupulatnie opisane części zamówienia. To właśnie moja mama odpowiada za kolejność zleceń, pilnuje dat wysyłki. Jest niesamowita – mówi ze wzruszeniem Kasia.

Tata Kasi, który obecnie jest już na emeryturze, także wspiera córkę. Pomaga swojej żonie, drukuje zamówienia, a nawet wiąże kokardki zgodnie z tutorialem przygotowanym przez córkę. – Tata, do niedawna rekin biznesu, powiedział mi, że w końcu uczeń przerósł mistrza i teraz to on może uczyć się ode mnie. To była jedna z milszych rzeczy, jakie od niego usłyszałam – wspomina i dodaje – Dawniej przygotowywał obcych ludzi do zakładania biznesów, a teraz pomaga mi rozwijać mój. To bardzo budujące!

Wszystko, co o prowadzeniu firmy nauczył Kasię tata, właścicielka UL&Ki zrobiła na odwrót. Jej podejście odwróciło znane mu reguły gry. Zaczęła nowy biznes od promocji w mediach społecznościowych, gdzie zdobyła pierwszych klientów. Nie miała zaplecza finansowego, ale zaufała swojemu instynktowi. Wielu rzeczy nauczyła się, pracując w korporacji, część to kwestia osobowości, reszta to szczęście. A szczęście to rodzina. A ta z pewnością jest na medal!

 

 

Fot. Olga Jędrzejewska Photography, Paulina Kania Photography
Miejsce: Family Cafe – Centrum Kreatywnego Rozwoju, Poznań

Anna Meres autor artykułu

Reklama

Polecamy!