oMatko!

Magazyn świadomych rodziców

Ciąża i poród

Położna w ciąży! To dopiero!

Czy świadomość działa na korzyść czy jednak przeszkadza? To zależy.

Dzień, w którym potwierdziły się moje przypuszczenia, że jestem w ciąży, pamiętam bardzo dobrze. Cały czas rozmyślałam, jak tę dobrą nowinę przekazać Mężowi. Wiedziałam, że będzie się cieszył równie bardzo jak ja, bo czekaliśmy na ten moment już od dłuższego czasu. Wędrówki po Bieszczadach sprawiły, że moja głowa i ciało w końcu się zrelaksowały. Poszłam na pierwszą wizytę do mojej wieloletniej lekarki. Spotkanie przebiegło szybko i sprawnie. Cieszyłam się bardzo, widząc na obrazie USG tę małą kropeczkę. Zdziwiło mnie natomiast, że mimo stwierdzenia odmiennego stanu, nie założono mi karty ciąży. Wytłumaczyłam sobie jednak, że może jest na to jeszcze za wcześnie. Otrzymałam skierowanie na badania i po dwóch tygodniach zjawiłam się na ponownej wizycie. Niestety bardzo się rozczarowałam. Ponieważ jestem położną, miałam pewne oczekiwania wobec tego, jak powinna być prowadzona moja ciąża. Wiem, że wiele kobiet potrzebuje, by lekarz był ich przewodnikiem. Ale nie ja. Chciałam, by traktowano mnie jak partnera, jak osobę współodpowiedzialną za rosnące dziecko. A jak było? Zderzyłam się z rutynowym podejściem. Termin porodu był obliczany w odniesieniu do cyklu 28-dniowego, mimo że zaznaczałam, że mój trwał dłużej. Zabrakło również dokładnego wywiadu dotyczącego mojego stanu zdrowia. Na początku ciąży stosowałam jedynie kwas foliowy. Rekomendacje Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego wspominają również o innych składnikach, więc moja lekarka zalecała mi suplementację, nie zważając na to, że miałam prawidłowe wyniki badań. Z jej ust nie padły żadne słowa o prawidłowym odżywianiu. Dodatkowo, na drugiej wizycie zrobiono mi kolejne USG. Standard Opieki Okołoporodowej wyraźnie wskazuje, że nie ma potrzeby robienia USG każdorazowo, że wystarczą 3–4 na całą ciążę. Dla mnie każde badanie wewnętrzne czy USG dopochwowe wiąże się z ryzykiem wprowadzenia infekcji. Jednakże mam świadomość, że kobiety chcą być badane w ten sposób częściej, daje im to poczucie bezpieczeństwa i kontroli. Ja czułam, że wszystko jest w porządku i nie potrzebowałam tego rodzaju nadzoru. Każda kobieta jest inna, ma inne potrzeby, oczekiwania i plany wobec swojej ciąży czy porodu, z tego względu niezwykle ważne jest holistyczne, indywidualne podejście do pacjentki. Z drugiej wizyty wyszłam zła, nie nawiązałam nici porozumienia z lekarką, zostałam potraktowana szablonowo. Nie podobało mi się to, dlatego postanowiłam sama znaleźć położną, która poprowadzi moją ciążę. I udało się, zgodę wyraziła moja koleżanka. Kamień z serca. Poczułam spokój. Nadal potrzebowałam jednak lekarza. Na szczęście moja położna poleciła mi takiego, z którego opieki jestem bardzo zadowolona. Słuchał mnie i nie negował mojej decyzji o porodzie domowym. Szanował moje wybory i preferencje. Czułam się bezpiecznie i cieszyło mnie to, że nie zmuszano mnie do niczego. Gdy w 29. tygodniu ciąży poziom hemoglobiny zaczął mi spadać, starałam się podnieść wskaźniki, spożywając odpowiednie produkty. Nie mogłam już patrzeć na kolejną szklankę zakwasu z buraków, szpinak, pietruszkę i całą resztę. Niestety, moje szczere chęci na nic się zdały. Musiałam włączyć suplementację żelaza. Nie sięgnęłam po wybór oczywisty – zalecone mi, syntetyczne środki dostępne w każdej aptece. Wybrałam żelazo (i jeszcze jedne tabletki) ze sklepu z naturalnymi suplementami. Nie będę robić firmie reklamy na łamach prasy, ale mogę przyznać jedno – to środki skuteczne i bez skutków ubocznych, często spotykanych w przypadku żelaza, które zostało mi zalecone. W ten oto sposób hemoglobina skoczyła z poziomu 9,3 do 11.1 w zaledwie 2 tygodnie, z czego zadowolona byłam zarówno ja, jak i moja położna oraz lekarz.

 

Moja ciąża przebiegała prawidłowo, czułam się świetnie. Zdarzały się różne dolegliwości, ale nie miałam czasu się nad nimi rozwodzić. Byłam bardzo aktywna, nadrabiałam spotkania ze znajomymi, z którymi wcześniej nie mogłam się zgrać czasowo. Choć na jogę chodziłam nieregularnie, to braki aktywności fizycznej nadrabiałam w polu – zbierając truskawki, bób czy fasolkę. Prowadziłam również zajęcia z zakresu edukacji okołoporodowej. Wybrałam się na kurs masażu chustą Rebozo (cudowne!) i wzięłam udział w warsztatach z akupresury prowadzonych przez Debrę Betts – położną z Nowej Zelandii, która totalnie mnie oczarowała. Wiedza i umiejętności nabyte na tych szkoleniach miały nie tylko rozszerzyć ofertę naszej szkoły, ale przede wszystkim pomóc mi spokojnie przejść przez ciążę. W 38. tygodniu zaczęłam stosować akupresurę w celu przygotowania się do porodu. Codzienne uciskanie weszło w nawyk Mężowi, bez niego nie dałabym rady. Wspólnie szykowaliśmy do porodu nasz dom, a w zasadzie kącik – naszą uroczą kawalerkę. Poród w zaciszu domowym był moim największym marzeniem i pragnieniem. Początkowo Mąż był sceptycznie nastawiony do pomysłu. Z czasem, po wielogodzinnych rozmowach i warsztatach dotyczących porodu domowego oraz zaprezentowaniu statystyk, zaufał mi i zrozumiał moje argumenty. Zaczął mnie wspierać w tej decyzji.

 

Nadszedł czas, gdy byliśmy oboje gotowi na powitanie naszej niespodzianki. W domu stało już łóżeczko, ciuszki wyprałam i wyprasowałam, przywiozłam też worek saco i piłkę, a Mąż wyremontował łazienkę – nic, tylko zacząć rodzić! A tu cisza. Każdy, nawet najmniejszy skurcz witałam z radością, że to może początek akcji porodowej. Mijały dni i dalej nic. Zaczęłam odczuwać stres, bo przecież poród domowy ma swoje ograniczenia czasowe. Wypróbowałam wszystkich magicznych sposobów na „wywołanie” porodu, bezskutecznie. Liczne dopytywania znajomych: „Jesteś już po?”, nie pomagały w zrelaksowaniu się, wręcz przeciwnie – działały jak płachta na byka. Przecież obiecałam, że dam znać, gdy będę już po porodzie. Kiedy mijała 7. doba po terminie, byłam już zrozpaczona. Wizja mojego wspaniałego porodu oddalała się. Zgłosiłam się do szpitala na badania KTG i USG. Wszystko było w porządku, więc wyszłam z ośrodka z zaleceniem, by zgłosić się w 9. dobie. Z wielką nadzieją, że może jeszcze się uda, wróciłam do domu. Zaczęło się na przełomie 8. i 9. doby. Zadzwoniłam do położnej, od której usłyszałam, że mimo wszystko rodzimy w szpitalu. Nie ukrywam, popłakałam się, było mi bardzo przykro. Miałam rodzić w miejscu, gdzie czułam się najbezpieczniej, w mojej przestrzeni, którą znałam, gdzie czułam się pewnie i swobodnie. Trudno mi było jechać do szpitala. Zwlekałam z tym momentem. Mój plan był inny, a nie spodziewałam się, że dziecko może mieć swój własny. Rodziłam siłami natury, przyjmowałam różne pozycje, czułam każdy skurcz coraz mocniej. Mąż mnie masował, pilnował, bym prawidłowo oddychała, był przy mnie, choć widziałam, że bardzo mu ciężko. Godziny mijały. Ostatecznie nasze dziecko urodziło się przez cięcie cesarskie. Opcję przeze mnie w ogóle nie braną pod uwagę. Ja, wielka zwolenniczka wszystkiego, co w zgodzie z naturą, a tu zabieg chirurgiczny. Operacja niosąca za sobą szereg konsekwencji, zarówno dla mnie, jak i dziecka. Ta świadomość nie pomagała. Była to dla mnie ekstremalnie trudna decyzja, ale konieczna. Zgodziłam się. Razem z Mężem nie znaliśmy płci dziecka, chcieliśmy, by samo nam się przedstawiło. Naszą niespodzianką okazał się syn. Radość wielka jak i on sam. Kontakt „skóra do skóry” zapewnił mu Tata, a później ja. Pierwsze karmienie, przewijanie, pierwsza wspólna noc. Cały czas byliśmy razem. Nie wyobrażałam sobie oddać go choćby na moment. Jedyne chwile rozłąki pojawiały się, gdy maluch szedł na badania. Byłam zmęczona, zasypiałam na siedząco, ale czułam ogromne szczęście. Ciałko mojego synka, wtulone w moje, dawało mi ukojenie. Po 3 dobach spędzonych w szpitalu wyszliśmy do domu.

 

Jak się czułam w roli pacjentki? Było mi bardzo ciężko. Zdecydowanie wolę być po drugiej stronie. Doświadczenie porodu zmieniło moją perspektywę spojrzenia na różne kwestie, które z pozoru wydają się błahe i bez znaczenia. Istotna okazuje się nawet tak banalna rzecz, jak przedstawienie się. Czułam się o wiele spokojniej, gdy znałam imię osoby, która sprawowała nade mną opiekę w tym czasie. Fajnie jest wiedzieć, z kim się rozmawia, kogo prosi się o pomoc. Kolejne istotne sprawy, to zapoznanie z topografią oddziału czy harmonogramem dnia. Dobrze jest wiedzieć, gdzie można sobie zaparzyć herbatę i o której godzinie należy się spodziewać porannej wizyty :). Niby nic, a jednak coś!

 

Moje doświadczenie porodu (który był porodem 2 w 1, bo choć zakończył się cięciem cesarskim, to rozpoczął się naturalną akcją skurczową, dzięki której osiągnęłam pełne rozwarcie) sprawiło, że jako położna czuję się bardziej wiarygodna. Zmagając się ze skurczami, później bólem po cięciu, pierwszym wstawaniem, usuwaniem cewnika i drenu, stawałam się inną osobą. Wszystkie problemy, z którymi borykałam się w szpitalu, i które pojawiły się w domu, budują mnie nie tylko jako mamę, ale i jako położną. Wiarygodnie jest się odwoływać do własnych doświadczeń, a to, co mówię do pacjentek, nie jest już odbierane jako puste słowa młodej położnej. Z dzisiejszej perspektywy, powiem szczerze, jak kobieta kobiecie – planować warto, ale trzeba przy tym pozostawać otwartym na różne opcje. Mój poród, ale też to, co działo się przed nim, nauczyło mnie jeszcze większej pokory i zaufania wobec natury, która wie, co robi. Z taką pokorą trzeba przyjmować to, co los przynosi. Realne życie szybko weryfikuje nasze plany i poglądy, a posiadanie w tej drodze wiedzy położniczej nie zawsze było dla mnie korzystne. Dziękuję mojej położnej za cierpliwość i szansę, którą mi dała, oraz mojemu wspaniałemu Mężowi, za jego wsparcie w czasie ciąży, porodu i po porodzie. Jego obecność i zaangażowanie na każdym etapie były nieocenione i niezwykle dla mnie ważne.

Weronika Dryja autor artykułu

Reklama

Polecamy!