oMatko!

Magazyn świadomych rodziców

Psychologia

Moje dziecko jest najlepsze.

Porównywanie naszych dzieci z innymi zaczynamy już od momentu spostrzeżenia dwóch kreseczek na teście ciążowym. To dość wcześnie, nie uważacie? W rozmowach z innymi kobietami – czy to ciężarnymi, czy matkami – pojawiają się zawsze informacje o wielkości i wadze, zarówno płodu, jak i matki. Zaczyna się licytacja. Porównujemy przebieg ciąży, szybkość, z jaką nabieramy ciężarówkowego wyglądu, aktywność ruchową naszych brzuchów, kondycję fizyczną i tak dalej… Potem rodzimy. Patrzymy z niepokojem na niespełna 3–4-kilogramowego bobasa. Jak takie maleństwo wziąć, jak się nim zaopiekować? Czy jest takie, jak dziecko sąsiadki z łóżka obok? Nie, ma dłuższe włosy, jest obiektywnie ładniejsze, głośniej krzyczy, lepiej cycoli. Zaczyna się. Obieramy punkt odniesienia. Dobrze, jeśli ocena wypada na plus – nasze jest (naj)lepsze. A potem już z górki.

Kiedyś nie było tylu publikacji o ciąży i opiece nad noworodkami/niemowlętami. Więcej informacji przekazywanych było z pokolenia na pokolenie. Teraz mamy dostatek źródeł, dzięki którym nasza wiedza rodzicielska ma szansę usytuować się na poziomie „level master”. Porównanie oczywiście powinno wyjść na korzyść naszego dziecka. Czy jednak zawsze tak jest? Nie. Czasem ze smutkiem konstatujemy, że w czymś jest słabsze, wolniejsze, nie jest w stanie opanować pewnych umiejętności. Co wtedy?

Pamiętam, jak dziecko znajomej zaczęło samodzielnie stawać, na przełomie 7 i 8 miesiąca życia. Och, och, wspaniale w sumie, ale moje nie… Zaczyna się wertowanie książek, przeglądanie forów dla rodziców. Jakie są standardy i wytyczne? Pod pewnymi względami dobrze, że jako rodzice jesteśmy czujni – nad wcześnie zdiagnozowanymi trudnościami czy opóźnieniem można z powodzeniem pracować.

Jedziemy dalej. Dopóki nasze dzieci nie pojmują, że są poddawane naszym ciągłym porównaniom z ich rówieśnikami, proces odbywa się niejako poza nimi. Aż do dnia, kiedy w żłobku/przedszkolu usłyszymy pytanie: „Mamo, który rysunek jest najładniejszy?”. I co wtedy? Serce mówi: „Twój, Kochanie”, jednak rozsądek nie zawsze się zgadza, bo tamten obrazek naprawdę przedstawia dom czy psa. Jako rodzice nie jesteśmy obiektywni, taka nasza rola. Jeśli za każdym razem wyrazimy zachwyt nad wytworem naszego dziecka, pojawia się ryzyko, że go po prostu okłamiemy, a ono uwierzy w swoją „supermoc” zupełnie bezzasadnie. Wówczas zweryfikuje go świat zewnętrzny, który już nie będzie dla niego łagodny. Jeśli za każdym razem będziemy krytykować – podetniemy skrzydła, zniechęcimy i zasmucimy. Bardzo wcześnie „pomożemy” mu wypracować świadomość ograniczeń, stłamsić jego możliwości i potencjał. A z przekonaniami o własnej niemocy bardzo trudno podjąć działanie, już nie wspominając o działaniu zakończonym sukcesem.

Czy jest „złoty środek” – mityczny kompromis, idealne rozwiązanie? Może jest, ale ja go nie znam. Nie możemy jako rodzice kłamać, prawda? Nie możemy oszukiwać naszego dziecka, a jedynie wskazywać, co może robić lepiej. Im wcześniej to pojmiemy, tym silniejsze będą nasze latorośle. Oczywiście, będą domagały się od nas potwierdzania swoich zdolności i osiągnięć, wsparcia w dążeniach i poczynaniach. Ale czy brak krytycyzmu z naszej strony nie zagrozi tym, że jakakolwiek krytyka ze strony innych będzie odbierana jako porażka totalna?

Pomyślmy. Przypomnijmy sobie, czy nasi rodzice nas porównywali do naszych rówieśników? Było tak? Zwłaszcza w szkole, po oddawaniu sprawdzianów i klasówek, prawda? Jak się wtedy czuliśmy? Jeśli rówieśnicy zdobywali wyższe, lepsze oceny, to pewnie ciężko było zbudować pozytywną samoocenę, zaś łatwo wyhodować niechęć, a nawet nienawiść do tych, których stawiano nam za wzór.

Jesteśmy różni. To stwierdzenie proponuję obrać za punkt wyjścia. Są pewne widełki, w których powinien mieścić się rozwój naszych dzieci i dobrze jest mieć to pod kontrolą, by w razie potrzeby dostać specjalistyczne wsparcie i pomoc – lekarzy, rehabilitantów, logopedów etc. A potem – bądźmy dla naszych dzieci inspiracją i wsparciem, źródłem rzeczowych wskazówek, budujmy w nich chęć tworzenia i eksperymentowania, uczmy, że to, co uznają za porażkę, jest informacją, co mogą poprawić za drugim, trzecim razem. Możemy wymagać, by były najlepsze albo je w tym wspierać na każdym kroku. By były najlepsze na miarę swoich możliwości. Pokazujmy, że też jesteśmy niedoskonali, ale pracujemy nad tym, by poprawiać to, co chcemy. Takie gadanie: „Popatrz, jak robi to XYZ” sprawi, że nasz skrzat „znielubi XYZ”, będzie miał do nas żal o brak pochwał i niedocenianie go lub podda się na starcie. Bądźmy wzorem dla naszych dzieci. Kochajmy je bezwarunkowo. Nie okłamujmy.

W pracy w szkole wielokrotnie poruszam ten temat z rodzicami uczniów, którym ciężko jest przyjąć do wiadomości, że ich dziecku potrzeba więcej czasu lub pracy, by opanować materiał czy umiejętności. Bo inne dzieci dają sobie radę lepiej – mówią. I jeśli nawet jest to prawdą, to czy nasze dzieci nie są najlepsze? Są najlepsze. Bo są nasze. I naszym niezbywalnym prawem jest się tego przekonania trzymać w głębi naszych rodzicielskich serc. I kochać je takimi, jakimi są. Czego Państwu i sobie życzę.

Marta Cebo autor artykułu

Reklama

Polecamy!