oMatko!

Magazyn świadomych rodziców

#25zomatko / Felietony

12 kilo towaru

Jestem przejęta i zajęta. Stale przejęta i zajęta moim Synem. Jak każda matka. On zajmuje moje myśli, nawet wtedy, kiedy Go ze mną nie ma. To o mojej Rodzinie fantazjuję, kiedy jestem daleko. O moim Synu i Mężu. Bo jestem perwersyjnie i ortodoksyjnie rodzinna. Mój Mąż, mój Syn – Moja Rodzina – to mój fundament, mój oręż, moja siła i supermoc.

Jestem wzruszona, poruszona i szczęśliwa, bo wiem już, widzę, czuję i słyszę, kiedy i jak mój Syn okazuje mi uczucia. I jest to obezwładniające doświadczenie. Gdyby zlikwidować używki, wszyscy zostalibyśmy rodzicami. Bo dziecko to narkotyk. Twardy. Ja przy nim jestem miękka. 12 kilo najlepszego towaru w mieście. Odurzam się nim i cały dzień jestem na haju. Fajnie, co?

Henryk ma 1,5 roku i zdecydowanie potrafi rozczulić. Staram się dzielić moją wrażliwość na przegródki, ale się nie udaje. Rozmiękcza mnie wszystko. To, kiedy rozpoznaje mnie na zdjęciach i z miejsca wykrzykuje: „Mama!”, uśmiechając się do mnie zębicznie. Kiedy nie myli mnie już z tatą i dzieli się – mocą wolnego wyboru – jedzeniem (co w przypadku gościa, który ma zdecydowanie konsumpcyjne podejście do życia i świata, jest wyrazem prawdziwej, oddanej miłości).

Wraz z Mężem uważamy, że jednym z naszych pierwszych sukcesów wychowawczych było stworzenie ekipy zwanej roboczo (i ostatecznie) „Team Uściski”. Gdy Syn zainstalował się w naszym życiu, podchodziliśmy do Niego, obejmowaliśmy z dwóch stron i – przeciągając pierwszą głoskę – grzmieliśmy tubalnie: „Uuuuuuuuściski!”. Dziś robi nam tak Syn. Krzyczące szczęście.

Kiedy grzecznie i cicho bawi się klockami/książeczką/swoimi autami i podbiega tylko po to, żeby złożyć na mojej twarzy hałaśliwe pocałunki, mam mokre oczy. Podobnie jak wtedy, gdy wychodzi z kimś innym na spacer i zaopatruje się u mnie w cały zapas buziaków. Albo gdy wraca, od progu krzycząc wyczekująco: „Mama!”. Gdy mnie nie zastaje, mruczy sobie pod nosem, pod stołem, pod kuratelą innych osób: „Mama: nie ma”.

Są takie momenty w ciągu dnia, kiedy wdrapuje się na nasze łóżko, gestem lub odpowiednim dźwiękiem przyzywa mnie do siebie. I tak sobie leżymy, ja i mój młody marzyciel, wpatrując się w siebie, wygłupiając, nieomal zrastając się sercami.

A fakt, że jego pierwsze wypowiedziane słowo (zaraz po „auto”), które do dziś wymawia zaraz po przebudzeniu, brzmi: „Mama”? To też mnie wzrusza. I jeszcze to, że tak bardzo chce, żebym to ja Go usypiała i że, kiedy Go karmię, to apetyt dopisuje Mu jeszcze bardziej.

Ale… Zaraz, zaraz… co będzie, jak pójdzie do szkoły, nie będzie chciał się przytulać i być obwąchiwanym? Słyszę opowieści koleżanek – matek starszych dzieci, które cierpią i nie mogą pogodzić się z rzuconymi niedbale: „Mama, weź!”, „Daj spokój!” czy „Daj se luz!”… Czy to nie jest dla matki emocjonalne zwichnięcie, po którym trudno od razu stanąć na nogi?

Co będzie, gdy czułości będą zarezerwowane dla innej kobiety?

Niech mnie licho porwie: ja będę kiedyś teściową!!! Teściową Kasią.

Dziewczyno, przyszła żono mojego Syna! Może się jeszcze nie urodziłaś, a może masz już kilka lat, ale wiedz, że JA JUŻ O TOBIE MYŚLĘ… (gest zacierania rąk i diaboliczne chichy).

fot. Instagram

Katarzyna Burzyńska-Sychowicz autor artykułu

Reklama

Polecamy!