oMatko!

Magazyn świadomych rodziców

#25zomatko / Mamy pomysł na biznes

Mama ’91. Ewa Przedpełska

Pierwszym gościem nowego cyklu rozmów w ramach „Mamy pomysł na biznes” jest Ewa Przedpełska. Mama Tymka i Hani. Rocznik ’91. Fotograf, pasjonatka dalekich podróży. Fanka słodkiej herbaty, starych map i filmów nakręconych na podstawie komiksów.

Ja zadaję pytanie, a ona w połowie zasypia. Co zrobić, gdy od 5 tygodni jest w podróży? Gdy rozmawiamy, dzieli nas w linii prostej jakieś 6669 kilometrów, 6 godzin różnicy czasu i 25 stopni Celsjusza. Ja zadaję pytania w Katowicach, ona odpowiada w Luang Prabang w Laosie, dopychając kolanem walizkę, bo za chwilę wyjeżdża dalej, do Bangkoku i na wyspy przy granicy z Kambodżą. Nie dane nam było porozmawiać przy kawie w Warszawie, więc porozmawiałyśmy w trakcie jej rodzinnej podróży po Azji. Zapraszam.

 

 

Ania Meres: To chyba będzie mój najdłuższy, pod względem ilości godzin, wywiad (śmiech). Na początku opowiedz, proszę, kiedy zaczęłaś interesować się fotografią i kiedy stała się ona dla Ciebie sposobem na życie. Dlaczego wybrałaś akurat lifestylową fotografię rodzinną?

Ewa Przedpełska: Jako podlotek robiłam dużo zdjęć starym analogiem, a większość szkolnych projektów zaliczałam w formie filmów nakręconych kamerą cyfrową taty, montowanych po nocach. Aparat miałam ze sobą zawsze i wszędzie, mój kręgosłup i przyjaciele świadkiem :-). „Na pełen etat” przeszłam ponad 5 lat temu, kiedy zaszłam w ciążę, a mój mąż usilnie ucinał mi na zdjęciach stopy. Postanowiłam wtedy, że poszukam fotografa dla siebie. To był dla mnie naprawdę ważny, formujący okres w życiu, byłam bardzo młoda i chciałam mieć możliwość powrotu do tego czasu pamięcią za kilka lat. Nie znalazłam w Warszawie żadnego fotografa, który robiłby domowe sesje rodzinne, poza zdjęciami z chrztu i ślubu. Pomyślałam sobie wtedy, że skoro nie potrafię znaleźć „swojego” fotografa, o podobnym poczuciu estetyki i wrażliwości, to takich jak ja musi być więcej. I kliknęło. Poznałam mnóstwo świetnych rodzin i mam najlepszą pracę na świecie. Jak tylko wrócimy z Azji i skończę urlop macierzyński, będę szukać asystenta do firmy i jeśli znajdę opiekę dla Hani (na razie nie możemy się nią jeszcze nacieszyć :-)), ruszam znowu pełną parą. A wracając do motywacji, powiem Ci szczerze – brakowało mi też trochę kontaktu z osobami, które uśmiechają się na widok promocji na pampersy i wiedzą, co to znaczy „poranne mdłości”. Byłam na 3 roku studiów w SGH i nie miałam obok siebie absolutnie nikogo, kto byłby w podobnym momencie życia, co ja.

Co najbardziej urzeka Cię w rodzinnych historiach?

Ich ulotność. Jednego dnia jesteśmy w takim składzie, drugiego w innym. Rosną nowe zęby, zmienia się kolor oczu, kanapa w salonie, widok za oknem. Moje wspomnienia z pierwszych tygodni z maluchem w domu to wielka kolorowa plama, raczej abstrakcja :-). A myślę, że fajnie jest móc powiesić sobie na ścianie kawałek swojego życia. Kiedy przychodzę do domu rodzin, z którymi spotykam się regularnie od lat i widzę na ścianie te wszystkie niepowtarzalne dni, to czuję że tworzymy razem coś nie do przecenienia.

Czy trudno jest pokonać barierę i wejść do cudzego, intymnego świata? Patrząc na Twoje zdjęcia, nie wyczuwa się „obecności” osób trzecich, tak jakby zdjęcia były wykonane z „ukrycia” – są absolutnie naturalne.

Taka fotografia to stąpanie po delikatnym gruncie. Wchodzę ludziom do domu z butami (które grzecznie zdejmuję :-)) i staram się, żeby było to dla nich przede wszystkim miłe spotkanie. Często widzimy się w bardzo zwariowanym i przepełnionym różnymi emocjami momencie, kiedy stawiają pierwsze kroki jako rodzice. Mam dla nich ogromne pokłady szacunku, zrozumienia i sympatii. Sama przechodziłam przez to już dwa razy i naprawdę nie robią na mnie wrażenia góry prania czy podkrążone oczy. Staram się uwiecznić na zdjęciach te drżące ręce, które jeszcze niepewnie podnoszą malucha, czułość, dumę. Nie włączam aparatu od razu po przejściu przez próg, rozmawiamy, poznaję się z maluchami, oglądam dom, w którym się spotykamy. Efekty to głównie kwestia doświadczenia i pewnej krętej ścieżki, którą obrałam sobie kilka lat temu.
Zrozumiałam, że naturalne zdjęcia, pokazujące ciepło, uczucia, a przede wszystkim LUDZI, to takie, które sama najchętniej wkleiłabym do swojego albumu. Niekoniecznie takie, które mogłabym kupić w sklepie w zestawie z ramką czy w kalendarzu z bobasami przebranymi za inne zwierzątko na każdy miesiąc. Jest wielu fotografów, którzy robią fenomenalną robotę w studiu, ale to po prostu nie mój styl.

To jak rodzą się Twoje pomysły na sesje? Jeśli nie noworodek przebrany za pszczółkę lub leżący w koszyku, to co?

Bardzo lubię śledzić fotografów ze Stanów i Australii, oglądam obrazy, zdjęcia, filmy, ale przede wszystkim dopasowuję się do przestrzeni i osób, z którymi pracuję. Zawsze działam też zgodnie z rytmem malucha.

Oprócz fotografii rodzinnej współpracujesz też przy takich cyklach, jak te u Ładnebebe, I love Mamissima, odwiedzasz ciekawe miejsca i inspirujących ludzi – np. naszą Kasię Bachor z Dekornika. Dodatkowo realizujesz sesje wizerunkowe dla różnych marek – czy masz dużą swobodę w pracy, trzymasz się scenariusza, czy absolutnie odwrotnie – czekasz, aż życie samo napisze scenariusz dla sesji?

Z Małgosią i innymi dziewczynami działamy razem w Ładnebebe już wiele lat, więc często rozumiemy się bez słów :-). Bardzo lubię te spotkania, to dla mnie super odmiana, poznajemy mnóstwo świetnych osób. Przy sesjach wizerunkowych wszystko zależy od tego, co chcemy osiągnąć – o ile nie robię sesji stricte produktowej, to bardzo często kończy się też tak, że najlepsze zdjęcia powstają „między kadrami”. Naprawdę przydają mi się też moje studia – dobrałam sobie ścieżkę edukacyjną tak, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o prowadzeniu biznesu – pomaga mi to nie tylko przy mojej firmie, ale też przy wspieraniu marek, z którymi współpracuję. Bardzo cieszy mnie też to, że coraz bardziej otwieramy się w Polsce na to, żeby dzielić się ze sobą pomysłami i wspierać nawzajem w prowadzeniu kreatywnych biznesów. Szczególnie między dziewczynami jest super nić porozumienia w tym temacie!

Na koniec powiedz jeszcze parę słów o mężu, póki nie słyszy (śmiech).

Nikt nie robi lepszej szarlotki niż Adam. Serio, a mówimy o człowieku, który pierwszy raz kroił kurczaka, mając lat 21. Teraz mamy po 26, dużo więcej cierpliwości, dwójkę dzieci i (mimo że pewnie wszystkie pary starsze od nas uśmiechną się pod nosem) naprawdę sporo przeszliśmy już razem. Dla naszych dzieci jest najlepszym tatą na świecie,  a dla mnie wielkim wsparciem, od przewijania po wychowanie. Z jednej strony ściąga mnie na ziemię i daje kopniaka, kiedy go potrzebuję, a z drugiej, leci ze mną na koniec świata, namawia do tego, bym sięgała dalej i walczyła o więcej. I skoro te wszystkie wzloty i upadki doprowadziły nas do tego momentu, kiedy nasz syn, w jakiejś małej mieścinie na wschodzie Tajlandii, śpiewa nam piosenkę o tym, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, to chyba nie jest źle :-).

 


Fot. Ewa Przedpełska
nr 1,2,3,4,23,24,25 / blog podróżniczy Ewy / papermoon.pl 
nr 5,6,7,8,9 / fotografia rodzinna Ewy / fafel.eu
nr 10,11,12,21,22 / Ewa dla Ładnebebe / ladnebebe.pl
nr 13,14 / Ewa dla magazynu F5 / fpiec.pl
nr 15,16 / Ewa dla Phenomé / phenome.eu
nr 17,18,19,20 / Ewa dla IKEA / ikea.pl

Anna Meres autor artykułu

Reklama

Polecamy!