oMatko!

Magazyn świadomych rodziców

#25zomatko / Felietony

NIE

Od chwili, gdy dziecko zaczyna mówić, szczególną wagę przywiązuje się do słowa „nie”. Głównie śmiejąc się, że „nie” to dla dziecka podstawowe źródło obrony przed wszelkim rodzicielskim planowaniem, słowo-klucz, które potrafi rozbić w pył każdą koncepcję danej chwili. Gdy pojawia się „nie”, zazwyczaj zaczyna się walka, nerwy, konflikt, słowem – robi się niemiło.

Ostatnio dużo przyglądam się „nie”. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że ma w sobie znacznie więcej pozytywnych znaczeń niż sądziłem, zarówno dla dziecka, jak i dla rodzica.

Czemu dla dziecka? Ponieważ pierwsze „nie” oznacza symboliczny początek procesu wyodrębniania się dziecka, tworzenia się jego własnej tożsamości. Skoro się nie zgadza, to znaczy, że ma na daną sytuację inny pomysł niż my. Skoro go ma, to znaczy, że potrafi w swojej dziecięcej głowie postawić się w kontrze do rodzica i jego pomysłów, określając w ten sposób swoją podmiotowość. Czyli „nie” to tak naprawdę „ja”, niezależne, wołające, aby je dostrzec. Często mówi się o dzieciach, że są przekorne, że mają tendencję do wkurzania rodziców przez nieustanne stawianie oporu. Nie wiem, czy trzyletnie dziecko zna, lub choć czuje intuicyjnie, czym jest przekora. Wątpię. To brzmi jak modelowe wytłumaczenie dorosłego. Dlaczego? Bo sformułowanie to ucina temat i zwalnia nas z potrzeby dalszej jego eksploracji. A jest co badać, ponieważ z moich, niewielkich póki co, doświadczeń wynika, że takie „nie” potrafi znaczyć bardzo wiele. Na przykład to, że dziecko chce samo zdecydować. Nieważne, czy jego pomysł na daną sytuację ma sens; ważne, aby dać mu przestrzeń na taką decyzję, o ile konsekwencje nie zagrażają jego bezpieczeństwu. Nawet, gdy popełni błąd (a może zwłaszcza wtedy), uruchamia się coś ważnego. Otwiera się wtedy ogromna przestrzeń do nauki. I co z tego, że my – dorośli – z obiektywnego punktu widzenia wiemy lepiej. Spójrzmy na nasze własne doświadczenia – kiedy skuteczniej się uczymy? Gdy pójdziemy na wykład, czy gdy doświadczymy czegoś na własnej skórze, choćby boleśnie?

„Nie” otwiera nas na wielką ciekawość u dzieci, pragnienie zdobywania nowych doświadczeń i wiedzy, której jeszcze nie mają. Fakt, że chcą wszystkiego dotknąć osobiście, czasem mocno nas stresuje („przecież gdy pójdzie na miasto w butach założonych na odwrót, pokrzywi sobie nogi”), jednak warto wyjść czasem z założenia, że mikrus nie jest bytem masochistycznym i czując, że coś jest nie tak, że jest niewygodnie zimno czy mokro, sam zdecyduje się na zmianę. Ale wartość takiej decyzji będzie wielka – wszak podejmie ją świadomie, a nie po prostu dostosuje się do nas, wiedzących lepiej.

„Nie” dotyczy też rodziców. Ja notorycznie go nadużywam. Dopiero niedawno zdałem sobie z tego sprawę. Jak to się dzieje? Gdy Zu czy – od niedawna – Basia przejmują inicjatywę i proponują swoje rozwiązania, często niemal automatycznie neguję ich sensowność, ponieważ z mojej perspektywy należy zrobić inaczej. I koniec. Upieram się z wprost idiotyczną determinacją przy własnym zdaniu – sprzymierza się we mnie kilka sił, oddalających mnie i moje zachowanie od trzeźwej obserwacji tego, co się dzieje i myślenia. Siła pierwsza: nie lubię, gdy druga strona mówi „nie”. Po prostu. To jest niemiłe i budzi niechęć. Siła druga: dziecko mi się przeciwstawia, czyżbym właśnie gubił swój autorytet? Walka! Muszę postawić na swoim. Zaczyna się opór i upór godny lepszej sprawy. Sam w takiej sytuacji zmuszam własne dziecko, aby przestało myśleć i szukać rozwiązań, ponieważ wiem lepiej. To jest moment, w którym trzeba się zatrzymać i czasem odpuścić, zadając sobie pytanie: czy mój upór na pewno ma sens? Czy Zu na pewno nie może założyć trzech sukienek jednocześnie, skoro tak bardzo o tym marzy? Co się takiego stanie, jak to zrobi? Przecież nie skrzywdzi ani siebie, ani innych, najwyżej sąsiedzi po raz kolejny pomyślą, że coś z nami nie halo. Czy to duży koszt? Nie.

Zauważyliśmy z G. (no dobra, głównie ona zauważyła), że odpuszczanie Zu w sytuacjach, w których jest to możliwe (czasem nie jest – to też trzeba podkreślić; zapalenie płuc po wyjściu w zimie na bosaka byłoby zbyt dużym kosztem jak dla mnie) dość szybko zaowocowało większą skłonnością do kompromisu, do ustalania rozmaitych rzeczy w duchu dialogu, a nie w systemie nakazowym. Teraz Zu używa swojego „nie” w nieco innym charakterze. Gdy to słowo pada z jej ust zanim zdążymy skończyć zdanie z jakimś oczekiwaniem pod jej adresem, oznacza to, że Zu właśnie zaczyna analizę sensowności naszej propozycji. To dalekie od negacji, to raczej przecinek, mający przekazać nam komunikat: „moment, myślę, dajcie mi chwilę, zatrzymajcie się”. Wejście z nią w natychmiastowy spór jest w takiej sytuacji kompletnie nieskuteczne – okopuje się, blokuje i jest po rozmowie. Gdy jednak odczekać chwilę, Zu sama wraca do tematu, często bez dalszej dyskusji zgadzając się z nami, w dodatku przedstawiając nam argumenty, które ją do takiego wniosku doprowadziły. Jest proces! Niezależne myślenie, własne wnioski, własna decyzja. Gdy już ją podejmie, trzyma się jej mocno, widać, że jest z nią utożsamiona. Siła takiej decyzji jest nieporównywalna z zarządzaniem nakazowym typu: „zrób tak, bo ja, twój ojciec, wiem, że to dobre i właściwe”. Nie ma porównania.

I ważna rzecz na koniec. Czy to, o czym piszę powyżej, sprawia, że gdy moje dzieci stawiają się wobec mnie i moich pomysłów w kontrze, zachowuję spokój i jestem w takiej sytuacji mistrzem zen? Nie. Nie! Wciąż mnie to maksymalnie wkurza, jednak gdy kurz i emocje opadają, przychodzą wnioski, które potrafią bardzo zmienić podejście do kolejnych sytuacji tego typu.

Zu i Basia nieustannie szukają własnych dróg i rozwiązań. Wciąż się uczą – to oczywiste. Nie tylko one.

Tomasz Bułhak autor artykułu

Reklama

Polecamy!