oMatko!

Magazyn świadomych rodziców

#25zomatko / Felietony

Nowi aktorzy, nowe relacje

Zbliżają się Święta. Myśląc o felietonie na tę okoliczność, automatycznie uruchomił się we mnie potok myśli z kategorii: „wszyscy będziemy razem”, „czas dla rodziny” i tak dalej. Mimo że to myśli prawdziwe i oddające realną wartość tego czasu, jako temat tekstu mogą wywołać senność zarówno w piszącym, jak i w czytelniku. Można inaczej podejść do tematu – to czas, gdy wszyscy na siłę próbują być razem, dochodzi do rozlicznych rodzinnych awantur, a napięcie w relacjach osiąga punkt krytyczny. Bardziej kontrowersyjnie, więc z pozoru ciekawiej. Mam wrażenie, że taki sposób pisania o Świętach jest ostatnio w modzie, ponieważ, zdaniem niektórych, obnaża prawdę o faktycznym poziomie więzi w wielu rodzinach. Ja tak tego nie czuję. Mimo pogoni za uciekającym czasem, nerwówki i notorycznego wnioskowania w stylu: „w przyszłym roku inaczej to zorganizuję, bo jesteśmy wszyscy wykończeni”, dla mnie Święta spędzane w tradycyjny sposób to wyjątkowy czas. Z wielu względów – religijnych, rodzinnych, wspomnieniowych. Podczas Świąt dom jest domem w najpełniejszej możliwej formie, dlatego nie wyobrażam sobie spędzania ich gdziekolwiek indziej. Moje doświadczenie jest takie, że w tym czasie rodzina pokazuje swoją największą siłę, wzajemna życzliwość – mimo wielu napięć, które przecież nie znikają, krążą wokół nas – osiąga apogeum. Relacje rodzinne mają największą moc. Cel – zarazić dzieci tą wizją, ale nienachalnie, tak, aby same to poczuły. Niełatwe zadanie.

Piszę te teksty z punktu widzenia ojca, skręćmy więc w stronę rodzicielstwa, pozostając jednocześnie w temacie relacji rodzinnych. Gdy czekaliśmy na naszą pierwszą córkę, zastanawialiśmy się, jak zmienią się nasze rodziny po pojawieniu się nowych aktorów. Klarowały się w nas koncepcje wychowawcze, formowała się wizja naszych rodzicielskich priorytetów. Myśleliśmy nad tym, jak będziemy pokazywać naszą relację dziecku, w jaki sposób będziemy angażować naszych najbliższych w proces wychowania. Słowem – projekt. Powstawał plan przyszłych relacji naszego dziecka z nami, dziadkami i wszystkimi, którzy mieli mieć z nim bliski kontakt. Na szczęście, w porę się zatrzymaliśmy. Pomogła nam w tym coraz wyraźniej dochodząca do głosu intuicja przyszłych rodziców oraz trochę lektur, głównie autorstwa Jespera Juula. Zrozumieliśmy, że myśląc w ten sposób, tworzymy projekt, który przede wszystkim ma realizować naszą wizję, a zapomina o podmiotowości dziecka. Przestaliśmy budować ten sztuczny świat, starając się zastąpić go pokazywaniem dzieciom prawdy o relacjach. Na tyle, na ile sami potrafimy.

Jak to wygląda w praktyce? Sądziłem wcześniej, że w sytuacjach konfliktów czy różnicy zdań między rodzicami należy najpierw wypracować wspólne stanowisko w każdej sprawie i dopiero tak przygotowany komunikat przekazać dziecku, dbając o spójność przekazu i unikając robienia dziecku wody z mózgu. Czy jednak takie podejście jest prawdziwe? Nie jest, przecież naturą ludzi jest wchodzenie w spory. To, w jaki sposób są prowadzone, jest kluczowe – pokazując dziecku pełną wzajemnego szacunku wymianę zdań, jesteśmy bardziej autentyczni niż wówczas, gdy wykłócamy się we dwoje w kącie i wyrzucamy z siebie oficjalne rozwiązanie, komunikując nasze postanowienia dziecku. Dochodzenie w otwarty sposób do wspólnych decyzji czyni je bardziej wiarygodnymi, tym samym łatwiej się ich wspólnie trzymać, jednocześnie ucząc dziecko rozmowy.

Inny przykład dotyczy relacji na linii dziecko – dziadkowie. Początkowym założeniem było wciągnięcie ich w naszą wizję wychowywania dzieci i zbudowanie wspólnego frontu, jednej, konsekwentnej, spójnej linii. Po pewnym czasie zrozumieliśmy, że to bez sensu, ponieważ tworzy sztuczną sytuację. Nasi rodzice mają po prostu inną koncepcję budowania tej relacji niż my i chcą być w tym naturalni. Tylko wtedy będą sobą w kontakcie z wnukami. Jeśli narzucimy im naszą wizję, usztywnią się i przestaną być spontaniczni. Zresztą dzieci to perfekcyjne detektory fałszu – wykrywają go natychmiast i punktują bez litości, taka relacja nie miałaby szans rozkwitu, i to z naszej winy. Dlatego staramy się dać bliskim maksymalną przestrzeń na tworzenie ich własnej, unikalnej relacji z naszymi dziećmi, wierząc, że to działa wzbogacająco i rozwijająco. Oczywiście, każdy rodzic ma zdefiniowaną sferę elementów kluczowych, gdzie nie ma miejsca na freestyle i trzeba tworzyć wspólny front. Nie mówię o przemocy, bo to oczywiste. Mam na myśli na przykład wpychanie w dziecko jedzenia na siłę, co jest powszechnie spotykane, a naszym zdaniem – bardzo szkodliwe. Takich sfer jest dużo, poszczególne rodziny przypisują każdej z nich indywidualne znaczenie.

Naszym podstawowym celem jest nauczenie Zu i Basi, jak budować dobre relacje z ludźmi. Takie, które są oparte na prawdzie, wzajemnym szacunku. Takie, które bazują na naturalnej ciekawości drugiego człowieka. Wreszcie takie, które są oparte o umiejętność słuchania, a nie egocentrycznego zalewania innych falą informacji o nas samych, bez zainteresowania, czy druga strona czuje się z tym dobrze.

Tak zbudowane relacje z pewnością sprawią, że udane, rodzinne Święta staną się dla nich czymś naturalnym.

Tomasz Bułhak autor artykułu

Reklama

Polecamy!