oMatko!

Magazyn świadomych rodziców

#25zomatko / Felietony

Co mi ciąży

W wyniku wypadku samochodowego, któremu uległam 10 lat temu, miałam złamany kręgosłup. Kiedy zaszłam w ciążę, uzbrojona w całą moją dokumentację medyczną, zawierającą szczegóły operacji, które przeszłam, i opisującą obecny stan mojego kręgosłupa bogatszego o dwie dyskopatie, udałam się do przychodni publicznej, do przypadkowego lekarza ortopedy. Chciałam zasięgnąć porady, czy mogę próbować rodzić naturalnie, czy może najlepszym albo jedynym wyjściem będzie jednak cesarka? Dlaczego wybrałam ortopedę z przypadku? Ja idealistka, ja naiwna, myślałam, pewna byłam, że przecież każdy lekarz ma obowiązek udzielić mi fachowych informacji. Jego rolą jest uspokoić albo przestrzec pacjentkę, wyłożyć „za i przeciw”, wytłumaczyć, pomóc podjąć decyzję popartą niepodważalnymi argumentami. Ta konsultacja była mi niezbędna. Lekarz, do którego trafiłam, był wyjątkowy – jak stan, w którym się znajdowałam. Wszystkie moje dokumenty okazały się dla niego zbędne! Bez ceregieli, nie spojrzawszy nawet na nie, rzucił je pogardliwie w moją stronę, wraz z radą: „żebym nie wymyślała i rodziła naturalnie”. Hormony i emocje wzięły górę, doszło do awantury. Ten lekarz jak mantrę powtarzał, że mam rodzić naturalnie i już, a jak chcę się awanturować, to zaprasza na bazar. Wychodząc z gabinetu, w widocznej ciąży i rozstroju nerwowym, gotowa się rozpłakać z bezsilności i niesprawiedliwości, miałam świadomość, że babuleńka siedząca pod drzwiami wszystko słyszała. Spojrzałam na nią, szukając w jej oczach pocieszenia, czekając na słowa otuchy. „Proszę się uspokoić, nie denerwować, jest Pani w ciąży” – takich słów wtedy potrzebowałam. „Jak Ty się zachowujesz, szmato?!” – usłyszałam.

Kilka tygodni temu prowadziłam w Sejmie konferencję „Jestem w drodze, czyli sytuacja kobiety w ciąży w Polsce”. Mądre głowy, grube ryby, eksperci, posłanki, psycholodzy, położne, lekarze, rzecznicy prasowi, przedstawiciele władz miasta, transportu miejskiego, rozlicznych fundacji, dyrektorki, artystki, prawnicy, pielęgniarki, studentki, matki, a przede wszystkim kobiety w ciąży – wszyscy przez długie godziny rozmawialiśmy. Dowiedziałam się niezwykle ciekawych rzeczy: macie pojęcie, że ze 100 ciąż w Polsce statystycznie tylko 15 kończy się na sali porodowej? Że 43% porodów w naszym kraju odbywa się przez cesarskie cięcie? Że Polska ma drugi najniższy współczynnik dzietności w Unii Europejskiej (przegrywamy tylko z Portugalią)? Na sali wybrzmiał również pogląd skandaliczny (na szczęście odosobniony). Według mnie niedopuszczalne jest, by lekarz położnik, dyrektor jednego z najbardziej renomowanych szpitali w Warszawie, opowiadał, że lęk kobiety przed porodem naturalnym, przed skurczami i akcją porodową to fanaberia, a tokofobia to jakiś wymysł. Tego pana najchętniej posłałabym do wszystkich diabłów. Albo na bazar. Po olej. Do głowy.

Rozmawialiśmy o sytuacji kobiet w ciąży i matek w pracy, w przestrzeni publicznej, w drodze po zdrowie: w szpitalu i przychodni. Okazało się, że w Polsce być w ciąży to nierzadko kara. Inni nam ją wymierzają.

Usłyszałam opowieść kobiety, która czuła przed porodem potworny strach i niepokój, w szpitalu podzieliła się tymi obawami z personelem medycznym, więc od pielęgniarki usłyszała: „To po co w ciążę zachodziłaś?”. Inna na sali porodowej poprosiła o znieczulenie, a dostała naganę: „Powinnaś swoje dziecko teraz przepraszać” – wyobrażacie sobie? Ja sobie wyobrażam i automatycznie współodczuwam: dostaję stanu zapalnego. Palę się do bitki.

Ciąży mi również inny fakt dotyczący kobiet w ciąży: aż 52% z nich NIE SPOTYKA SIĘ z życzliwością w kolejkach, transporcie miejskim, w miejscach użyteczności publicznej, także w kościele (sic!); dodatkowo większość boi się lub wstydzi prosić o pomoc. Komunikować potrafią się tylko i aż brzuchem. Ten komunikat niebezpiecznie często wyzwala kontrę w postaci popularnego stwierdzenia: „Ciąża to nie choroba”. Dlatego też kobieta w tym stanie wcale nie musi siedzieć w tramwaju, „Tym bardziej, że ja też zapłaciłem za bilet”. Co ma być naszą bronią w takich sytuacjach?

Chyba tylko to, żebyśmy my, matki i przyszłe matki, miały świadomość swoich praw i odwagę, żeby po nie sięgać i się nimi legitymować, wymachiwać nimi co poniektórym przed nosem. Sprzeciwiać się niedopuszczalnym zachowaniom głośno i wyraźnie. Ciąża to stan wyjątkowy i tak powinnyśmy być traktowane. To nie jest przywilej. To jest nasze pieprzone prawo. Jestem przy nadziei, że to się nigdy nie zmieni.

Katarzyna Burzyńska-Sychowicz autor artykułu

Reklama

Polecamy!